"Outsider" - potwory, podziały i polityka

Nazwisko Kinga kojarzone jest głównie z horrorem i to dzięki powieściom tego gatunku zarobił mnóstwo pieniędzy i wyrobił swoją markę króla horroru. Aktualnie wielu czytelników niemal oburza takie nazywanie pisarza, który od wielu lat nie napisał pełnokrwistego horroru. Twierdzą, że King się skończył, a każdą kolejną jego powieść porównują do „Cmętarza zwierząt”, „To” lub „Bastionu”, a wynik każdego takiego porównania, jest przecież z góry przesądzony. Nie wiem dlaczego dziwi ich fakt, że 70-letni pisarz nie pisze tak jak 30-latek. Czemu trzeźwy obserwator swojego otoczenia i społeczeństwa skupia się na trochę innych tematach niż pijący i narkotyzujący się młodzik? King kojarzony jest z horrorami, ale sam nigdy nie chciał zostać przywiązany do jednego gatunku. Aktualnie jego nazwisko samo w sobie gwarantuje sukces, nawet pomimo tych opinii, że „to już nie jest to” kolejne jego powieści trafiają na listy bestsellerów i zwyciężają w corocznych plebiscytach „Goodreads”. Podobnie jest już (i będzie) z „Outsiderem”, który znajdzie zwolenników jak i przeciwników, ale w takim właśnie podzielonym świecie teraz żyjemy.

Chwała temu, kto przypisze do „Outsidera” gatunek literacki, ja tego się nie podejmę. Dla mnie to miks kryminału, dreszczowca, horroru i kilku innych gatunków. Zaczynamy od bestialskiej zbrodni na dziecku i przepełnionych chęcią złapania brutalnego mordercy policjantów, którzy prowadzeni przez jednoznaczne dowody publicznie aresztują znanego w całym miasteczku trenera lokalnej ligii bejsbolowej. Terry Maitland to człowiek, którego wcześniej nikt nie posądziłby o przekroczenie prędkości, a co dopiero zabójstwo. Jednak dowody są jednoznaczne i to nie tylko te odnalezione na miejscu zbrodni, ale też dostarczone przez relacje wielu świadków, serwowane nam na przemian z kolejnymi odsłonami koszmaru człowieka, którego życie przewraca się do góry nogami. Maitland od razu mówi, że w czasie zabójstwa nie było go w mieście, ale policja i prokurator nie chcą go słuchać, wierząc w zeznania kilkunastu mieszkańców, którzy bez wątpliwości wskazali właśnie jego, a ich zeznania są spójne i układają się w chronologiczną całość. Sprawa się komplikuje, gdy Terry przedstawia swoje alibi i dowody, ale machina sprawiedliwości ruszyła i być może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby w wydarzenia nadal nie ingerował nieznany czynnik, nienazwany jeszcze w tym momencie outsider.
Ta część książki przypomina jeden z odcinków serialu „CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas” i przyznam, że czyta się to bardzo dobrze. King nie popełnia tu tak widocznych „technicznych” błędów z jakimi mieliśmy do czynienia w innych jego książkach (widać jego research i pomoc specjalistów). Dla mnie te pierwsze 200 stron to świetna lektura, która zmazała skazę jaką, według mnie, było „Znalezione nie kradzione”. Finał pierwszego aktu mnie osobiście zaskoczył i to jest dla mnie duży plus, także w aspekcie notki promocyjnej, która skupiła się tak naprawdę właśnie na tym jednym wątku.

W kolejnych rozdziałach powieść zmienia trochę tempo, spowalnia i dalej balansuje między bliskimi sobie gatunkami. Dalej jest ciekawa, ale oddala się od osadzonego w naukowych dowodach kryminału, przesuwając się coraz bardziej w stronę nadnaturalnego thillera i dalej w stronę horroru. King powoli przygotowuje grunt pod przekazanie pałeczki w ręce postaci, która pojawia się dopiero w połowie powieści, a którą wszyscy powinniśmy znać – Holly Gibney.

Doszliśmy do miejsca, w którym powinienem odłożyć tę książkę i jak najszybciej o niej zapomnieć. Nigdy nie byłem fanem trylogii Billa Hodgesa i miałem nadzieję, że to jednorazowy (trzykrotny!) wyskok pisarza, który wyciągnie właściwe wnioski. Oczywiście okazało się, że „moje wnioski” to nie wnioski innych czytelników na świcie, a powieści o Mordercy z Mercedesa odniosły sukces. „Pan Mercedes” i kolejne powieści jako całość miały kilka ciekawych elementów i dla mnie jedną z nich był rozwój relacji pomiędzy Billem Hodgesem i Holly Gibney.

W tym momencie mała dygresja, która pojawia się w większości recenzji „Outsidera”. Czy można czytać tę książkę nie znając trylogii Billa Hodgesa? Odpowiedź nie jest prosta i zależy od kilku rzeczy. Sam „Outsider” jest samodzielną powieścią jednak Holly odgrywa w nim bardzo ważną rolę, która zbudowana jest w całości na doświadczeniach, które zdobyła dzięki sprawom prowadzonym z Hodgesem. Jeśli planujecie przeczytać trylogię, a jesteście wrażliwi na spojlery to musicie wiedzieć, że „Outsider” ustami Holly Gibney, w kilku zdaniach, streści i zdradzi wszystko zaszło w tych trzech powieściach.

Wraz z rozwojem sytuacji, wątpliwościami bohaterów i kolejnymi etapami śledztwa, powoli odnajdujemy się w samym środku meksykańskiego mitu o monstrum żywiącym się emocjami, w szczególności strachem. Meksykańska wersja wampira w wydaniu autora „Miasteczka Salem” może wydawać się bardzo ciekawym pomysłem, jednak im dalej posuwa się historia tym coraz bardziej utartymi szlakami prowadzi nas pisarz.

Pojawienie się na scenie Holly wcale nie jest przyczyną tego stanu rzeczy i muszę przyznać, że sięgnięcie właśnie po tę postać było bardzo dobrym pomysłem. Holly jako osoba mająca doświadczenia z wydarzeniami nadnaturalnymi ma otwarty umysł i naturalnym jest to, że szybko wpada na właściwy trop. Nie pasuje jednak to jak szybko i sprawnie przekonuje ona do swojej racji pozostałych bohaterów – nie jednego, nie dwóch ale czwórkę, szóstkę a na koniec jeszcze dwie kolejne osoby. Nawet biorąc pod uwagę wątpliwości, które ich trapią i może wyrzuty sumienia, to teorie Holly w połączeniu z jej widocznymi natręctwami powinny wydawać im się kuriozalne, a wychodzi na to, że wszyscy niemal bez wahania chwytają się tej przysłowiowej brzytw, a krew kapiącą im na czoła nazywają deszczem.
Wspomniałem o motywie wampira i przetartych szlakach, którymi prowadzona jest fabuła. Oczywistym skojarzeniem jest tu „Drakula” patrząc na kolejne wydarzenia w powieści widzimy kalkę z powieści Stokera. Bohaterowie trafiają na ślad nadnaturalnego potwora i oczywiście spotykają osobe która doskonale zna ten mit. Gdy wierzą już w potwora, formują drużynę, opracowują plan odnalezienia kryjówki outsidera. Ten okazuje się mieć pomocnika, który ma pokrzyżować im plany i „przewietrzyć” ich szeregi. Wydeptane ścieżki, przetarte szlaki, a od pewnego momentu mamy już przed sobą wyślizgany tor bobslejowy, z którego nie możemy zboczyć nawet gdybyśmy chcieli, a wszystko prowadzi do przewidywalnego zakończenia.

Powyższe można uznać za wady, jednak mimo wszystko „Outsider” jest książką rozrywkową i jako rozrywkowa charakteryzuje się swoją lekkością, operuje na granicy tego co już znamy, czasami postępując o krok za daleko, ale nadal daje dużo frajdy. Trudno dogodzić każdemu czytelnikowi, bo jedni lubią kryminał, a inni woleliby tylko horror. Jedni lubią być zaskakiwani, a inni lubią przewidywać kolejne wydarzenia. „Outsider” ma wszystkie te cechy i tu ponownie, dla części będzie to jego zaleta, a dla innych wada i niekonsekwencja – podzielone opinie, podzielony świat. Na pewno nie ma co porównywać „Outsidera” do „Mrocznej połowy”, która też bazowała na podziałach.

Podzielona jest też ojczyzna Stephena Kinga, a on sam nie chce stać z boku. Nie chcąc być outsiderem, coraz bardziej angażuje się w politykę i opowiada się po stronie przeciwników Donalda Trumpa, któremu w książce też mocno się obrywa. Manifest poglądów politycznych pisarza przejawia się nie tylko słowami „Jankesie wracaj do domu”, ale także doborem bohaterów i ich jednoznacznych poglądów. King pisze inaczej niż 40 lat temu, bo teraz przerażają go inne rzeczy. Jak to ktoś powiedział: „Jeśli chcesz wiedzieć o czym będzie kolejna książka Kinga, zajrzyj na jego Twittera”. Czy jest w tym coś złego? Dla czytelników, którzy czytają jego twórczość od wielu lat, dojrzewali razem z nim i razem z nim obserwowali zmiany na świecie nie jest to niespodzianka. To raczej normalny proces ewolucji twórczości pisarza, który ma już wyrobione nazwisko i chce przekazać swoje zdanie innym za pomocą literatury rozrywkowej. Ta zmiana nie była nagła, to nie stało się z roku na rok, a trwało wiele lat. Można nie zgadzać się z jego poglądami a nadal czerpać przyjemność z lektury. Stephen King naszych czasów pisze inaczej niż 40 lat temu, ale nadal robi to sprawnie, a dopóki ma coś do powiedzenia możemy liczyć na kolejne powieści, które zapewnią godziny rozrywki, ale i dostarczą migawkę świata w jakim przyszło nam żyć. Tymczasem „Outsider” zdobędzie fanów i hejterów – ja nie będę stał obok i mimo wszystko stanę po stronie tych pierwszych, bo to bardzo przyjemna lektura!.
Zapowiedzi

2018-10-30

"Elevation"

2018-10-31

"Uniesienie"

2018

"Squad D"

Aktualności ze światów Kinga
Nowość w kolekcji
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: