"Instytut" - nie zadzieraj z bystrym chłopakiem



Zapowiedź powieści "Instytut" kłuła w oczy porównaniami do "To" i "Podpalaczki", stając się przyczynkiem do wielu spekulacji. Od domniemań powrotu Sklepiku po odrodzenie oranizacji, której agentami byli mali ludzie w żółtych płaszczach. Rzeczywistość okazała się chwytem marketingowym, bo ktoś sobie wymyślił, że jeśli bohaterami są dzieci, to porównamy to do najbardziej aktualnie znanego wątku dziecięcego, czyli "To". A skoro dzieci mają mieć umiejętności paranormalne, w połączeniu z tajemniczą organizacją, to oczywiście wmieszajmy w to jeszcze "Podpalaczkę". Jeśli liczycie na powieść łączącą wątki tych dwóch powieści to po odłożeniu książki możecie być zawiedzeni. Pomińcie więc marketingowe slogany i dajcie porwać się tej opowieści bo warto! Zapomnijcie też o horrorze, nawet takim jak w "Przebudzeniu", bo to bardziej proza młodzieżowa lub autorska wizja jednej z przygód Jacka Reachera tyle że z wątkiem paranormalnym.

Na początku poznajemy Tima Jamiesona, który oczekuje na start samolotu z Sarasoty do Nowego Jorku, gdzie na nowo ma ułożyć sobie życie. Zbieg okoliczności i nagła decyzja podjęta pod wpływem chwili sprawia, że zamiast samolotem kontynuuje podróż autostopem trafiając do małego miasteczka w Karolinie Północnej, gdzie postanawia na chwilę osiąść i odpocząć. Na tych kilkudziesięciu stronach poznajemy jego historię, a jest ona świetnie spasowana i opowiedziana, taka aktualnie amerykańska. Jako policjant podjął trudną decyzję podczas niejednoznacznej sytuacji o jakiej nie raz słyszeliśmy w wiadomościach. Podczas interwnecji zachował ostrożność, zadziałał pod wpływem chwili... i nie, nie zabił czarnego chłopaka, na oczach świadków z kamerami. Niestety w wyniku jego strzału ostrzegawczego ranny został jeden z gapiów kręcący całe wydarzenie telefonem. Tim zaczyna małopłatną pracę jako nocny strażnik miejski, bez odznaki, bez broni z pensją tak niską, że musi dorabiać jako pracownik w pobliskim magazynie. Przedstawienie Tima w "Instytucie" kończy się charakterysytczną dla Kinga, jednozdaniową zapowiedzią przyszłych wydarzeń...

Jak się okazuje to nie o Jima chodzi. Bo zaraz potem poznajemy "bystrego chłopaka", Luke'a Ellisa, ucznia szkoły dla uzdolnionych dzieci, którego porywa trójka agentów tajemniczego Instytutu. I wiemy już, że to z nim powiązane będą zapowiedziane wydarzenia. Luke budzi się w imitacji swego pokoju, ale bez okien. Szybko poznaje kilku mieszkańców swojego nowego (i zapewne ostatniego) domu nazywanego Instytutem. Jak już wspominałem, Luke jest inteligentny, potrafi zbierać informacje, zapamiętuje je i wyciąga wnioski, najczęściej trafne. Ale to, o dziwo, nie jego inteligencja zwróciła na niego uwagę Instytutu tylko inna jego umiejętność, śladowe TK - telekineza. Jak się okazuje Instytut porywa w całym kraju dzieci z umiejętnościami telekinetycznymi i telepatycznymi (TP). I nie są one tak spektakularne jak umiejętności Carrie White czy Charlie McGee. Dzieciaki z TK w najlepszym przypadku są w stanie przewrócić pionek szachów, a TP odczytać imię maskotki kolegi. Ale Instytut ma swoje sposoby, aby i te śladowe umiejętności wykorzystać do swoich celów.

Na tym etapie miałem nadzieję, że gdzieś pojawi się nawiązanie do Sklepiku, tajnej organizacji, którą znamy z "Podpalaczki" i mini serialu "Złote lata". Sklepik pasowałby tu idealnie, ale King miał inne plany, ewidnetnie bawi się ze swoimi wiernymi czytelnikami, naprowadzając ich na te wątki, aby na koniec powiedzieć: "Nie, nie. Z tym już skończyłem, ale ostatnio lubię X-Men". Bo kingowy Instytut to mroczna wersja Instytuta profesora Xaviera dla Utalentowanej Młodzież z komiksów Marvela. Kieruje nim okrutna pani Sigsby, a jej prawą ręką jest szef ochrony Stackhouse. Oboje sprawiają wrażenie silnych, wyzutych z empatii bandytów z przerośniętym ego, którzy dla osiągnięcia celów są w stanie krzywdzić niewinne dzieci. Ale to tylko fasada. Cały Instytut, na pierwszy rzut oka groźny, zorganizowany niemożliwy do pokonania, toczy choroba: rutyna. Skostniała organizacja działająca w tajemnicy od 55 roku XX wieku, zatraciła pazur nowoczesności i dyscypliny. Zapomniano o tak błachych sprawach jak serwisowanie kamer, a skupiono się na torturowaniu dzieci. I te wszystkie braki wykorzysta Luke i jego nowi przyjaciele. Ale uciec może tylko jeden z nich, a największą szansę na sukces na zewnątrz ma oczywiście "bystry chłopak".

Luke ucieka z Instytutu i po wyczerpującej drodze, skacząc z jadącego pociągu, trafia do małego miasteczka DuPray, prosto pod nogi... Tima Jamiesona! Teraz już wiemy, że zapowiedziane piekło swoi na granicy miasteczka, a diabeł dosypuje węgiel do pieca. Agenci Instytutu depczą Luke'owi po piętach i na pewno nie odpuszczą. Jego opowieść na tyle intryguje Tima, że daje mu szansę spróbować przekonać innych na posterunku policji. I prawie się udaje, gdy do miasta wpada grupa żołnierzy Instytutu z panią Sigsby na czele.

Pobyt w Instytucie to pobyt w piekle. Dręczenie, strach, badania w istocie będące torturami rodem z obozów zagłady, a do tego niepewna przyszłość i tysiące mrocznych plotek o losach dzieci, które trafiają do Tylnej Połowy Instytutu. To się Kingowi udało i to ten wątek najbliższy jest grozie i może przyprawić o dreszcze, ale w czasach gdy na granicach dzieci przetrzymywane są za kratami, nie robi to aż takiego wrażenia. Według mnie King zdaje sobie z tego sprawę i świadomie nie posuwa się dalej, chce aby to było przestrogą na przyszłość, ostrzeżeniem przed następnym krokiem, przed konsekwencjami tego co w USA ogląda się codziennie w wiadomościach, ale przy okazji wpada też we własną pułapkę. King jest zagorzałym orędownikiem ograniczenia dostępu do broni palnej i gdyby w USA prawo do posiadania broni zostało ograniczone tak jakby chciał, to mieszkańcy DuPray nie mieliby szans w starciu z siepaczami pani Sigsby.

Pomimo wszystko "Instytut" to bardzo świadomie napisana i zaplanowana książka. Od poszczególnych wydarzeń i postaci, po cały podkład fabularny dotyczący zjawisk paranormalnych. Chociaż fabularnie słychać gdzieś echo podobnych opowieści, chociażby komiksów czy "Z Archiwum X", to jednak nie odczułem, aby autor szedł utartym schematem jak po sznurku (co wcześniej mu się zdarzało). King mocno osadził swoją powieść w naszej rzeczywistości i nawet jeśli wspomina wymarłe miasteczko Jerusalem, to nie posuwa się ani kroku dalej - tu wszystko jest na poważnie. Główne postacie nie są jednowymiarowe i idealne. Nawet Luke nie jest ideałem, jest świadomy swojej inteligencji i często zdarza mu się patrzeć na innych z góry i generalizować. Poboczne postacie, takie jak personel Instytutu, to już co innego, ale nawet wśród tej bandy sadystów zdarzały się przebłyski ludzkich emocji.

Fani Kinga często narzekają na zakończenia, które serwuje w swoich opowieściach. Zarzucają, że są zbyt proste, banalne, po prostu głupie... I King chyba jest świadomy tych zarzutów, a ja chciałbym, aby jego cameo w "To: Rozdział 2", w którym żartuje z zakończeń powieści Billa Denbrough, było świadomą autokrytyką. Nadal mam pewien niesmak po finale "Outsidera" i o ile samą książkę oceniam pozytywnie, to prowadzenie w niej końcowych wątków uważam za infantylne. Oczywiście ktoś pokroju Kinga nie musi się przejmować opiniami czytelników, bo jego książki będą się sprzedawały nawet jeśli "po pijaku przejedzie na pasach ciężarną zakonnicę". Chciałbym, aby to co pokazał w "Instytucie" stało się regułą, a nie wyjątkiem, bo jest to przykład przemyślanego zakończenia, które na sam koniec pozostawia czytelnika z moralnym kacem i pytaniem w głowie: Ile warte jest życie ludzkie i czy rzeczywiście warto poświęcić jednostkę (dwudziestkę), aby, być może, uratować miliardy istnień?

Podsumowując: King dostarcza rozrywkę i o ile liczyłem jednak na coś odrobinę mocniejszego, to książkę oceniam na plus.
Zapowiedzi

2019-09-26

"Creepshow"

2019-10-04

"W wysokiej trawie"

2019-10-23

"Castle Rock"

2019-11-08

"Doctor Sleep"

Aktualności ze światów Kinga
Social Media
STRONA NA SKRÓTY: