Wywiad z Robertem Ziębińskim - "Stephen King. Instrukcja obsługi"

Robert Ziębiński, rocznik 1978. Dziennikarz, pisarz. Pracował w "Tygodniku Powszechnym", "Przekroju", "Newsweeku". Prowadził portal dzikabanda.pl. Opublikował "Wspaniałe życie" (WAB), "Londyn. Przewodnik POPkulturowy" (WAB), "Dżentelmen" (EMG). Autor pierwszej polskiej monografii poświęconej twórczości Stephena Kinga "Stephen King. Sprzedawca strachu". Od 2017 redaktor naczelny polskiej edycji Playboya. Najnowsza książka "Stephen King. Instrukcja obsługi" to największa taka publikacja stworzona przez europejskiego autora. W czerwcu ma ukazać się jego kryminał "Furia" (Świat Książki).

Na początek krótkie pytanie prosto z mostu: powieści czy opowiadania?

A wiesz, że nie potrafię ci na to odpowiedzieć... Uwielbiam i opowiadania, choćby takie zbiory jak "Nocna zmiana", "Cztery pory roku" czy "Czwarta po północy", tak samo jak uwielbiam "To" czy "Martwą strefę". King zaczynał od opowiadań więc są one siłą rzeczy jego warsztatem, miejscem gdzie uczył się pisać, małym wprowadzeniem do czegoś większego, ale ja lubię i zakąski i dania główne.

W twojej książce wielu popularnych pisarzy pisze o swoim pierwszym zetknięciu z twórczością Stephena Kinga. A jak to było w twoim przypadku?

Byłem ostatnio w rodzinnym mieście z moją córką, która ma osiem lat. Szliśmy ulicą i pokazywałem jej miejsce, w którym dawno temu, gdzieś w 1991 roku była księgarnia. Dziś już jej nie ma – na jej miejscu jest biuro księgowe – ale wspomnienia zostały. To było jakoś tak – wszedłem, zobaczyłem okładkę "Miasteczka Salem", na której widać było dziwną główkę wampira i wiedziałem, że muszę ją mieć. Kupiłem. Potem kupiłem "Jasność" - czyli "Lśnienie", "Carrie" i tak się zaczęło. Ale pierwszą było "Miasteczko Salem" kupione przez przypadek, bo podobał mi się wampir.

To twoja druga książka o Stephenie Kingu. Dlaczego, według ciebie, akurat ten pisarz zasługuje na taką uwagę?

To jest książką jaką od początku powinen być "Sprzedawca strachu", choć oczywiście – nie mógł. Wtedy w 2012 roku nie byłem gotowy na to i nie miałem pomysłu jak to wszystko złożyć w całość tak, aby było spójne i miało ręce i nogi. Dlatego "Sprzedawca strachu" był malutką książeczką, która liczyła 240 tysięcy znaków. A "Instrukcja obsługi" zamieniła się w potwora sięgającego 900 tysięcy znaków. W zasadzie można ją uznać za jedyną moją książkę o Kingu, bo siłą rozpędu Instrukcja wchłonęła całego Sprzedawcę. Do tego poprawiłem wszystkie (no chyba) błędy jakie w Sprzedawcy były. A kilka było autenczynie poruszających (śmiech). Moim ulubionym było streszczenie "Sekretnego okna" – jakim cudem nikt nie zauważył, że tam jest brednia na bredni? (śmiech). Więc Instrukcja jest także rehabilitacją za błędy w "Sprzedawcy strachu". A dlaczego King zasługuje na uwagę? Bo jest pisarzem, który kumuluje w sobie w zasadzie niemal całą historię amerykańskiej kultury masowej ostaniego półwiecza. Zaczynał od pulp fiction, stał za czele horrorwego boomu, pisał dla kobiet, tworzył fantasy, powieści o dojrzewaniu, a jego ekranizacje, podobnie jak książki – pokazują jak zmieniało się Hollywood. W jednym życiorysie mamy zatem ukrytą współczesą historię kultury.

Na czym polega jego fenomen? Dlaczego akurat on z rzeszy wielu pisarzy odniósł taki sukces nie tylko w USA, ale na całym świecie?

Ameryka to kraj mitu – od pucybuta do milionera. Ziemia obiecana, jak śpiewał o niej Bruce Springsteen. King jest fenomenem – potwierdzeniem tezy, że każdy może odnieść sukces, musi tylko na niego pracować. Dorastał w biedzie, młodość spędził w biedzie, pracował na kilka etatów i pisał o nocach, a wszystko to żeby odnieść sukces. I w końcu go wypracował. Jeśli spojrzysz na inne wielkie gwiazdy lietartury w USA to nie znajdziesz drugiego takiego jak King. Grisham, Connelly, Clancy, Patterson, Baldacci, Crichton – żaden z nich nie pochodził z takich nizin społecznych jak King, żaden realnie nie głodował i żaden nie odniósł tak szybko sukcesu. Bo u Kinga wszystko to trwało raptem cztery lata, więc jak mówię: od zera do milionera. I ta historia buduje, jest inspirująca i sprawia, że King często traktowany jest nie tyle co król horroru a kumpel, któremu się udało. Dlatego moim zdaniem więcej paradoksalnie łączy go ze wspomnianym Springsteenem niż dla przykładu z Grishamem. To ta część biograficzna. Druga część to tematyka – to że King nigdy nie był autorem stricte grozy, on od początku pisze powieści obyczajowe, w których nagle rozgaszcza się groza. A ludzie to kochają, kochają gdy ktoś przekonywująco opowiada o świecie, a potem nagle wywraca zastany porządek do góry nogami.

Co najbardziej zwróciło twoją uwagę na etapie zbierania materiałów do książki?

Po pierwsze to jak rzadko biografowie Kinga podchodzą do niego z dystansem, podczas kiedy on potrafi z siebie żartować i ma bardzo zdrowe podejście do kariery i siebie, biografowie uparli się traktować go jak nieomylnego mistrza. Druga rzecz to już rzecz, o której nie pisałem, bo nie widać jej w powieściach czy ich ekranizacjach, czyli działalność charytatywna Kinga, która pokazuje, że tak naprawdę nigdy nie stracił kontaktu z rzeczywistością i wciąż jest gdzieś w nim ten mały biedny Steve. Pomaga artystom, których nie stać na leczenie, wspiera małe księgarnie, biblioteki. Nie musiałby tego robić, a mimo to robi. Bo sam kiedyś był biednym artystą, którego nie było stać na leczenie, bo sam kupował w tanich książkach i pożyczał z bibliotek.

Który okres z twórczości Kinga cenisz najbardziej i dlaczego?

Chyba od debiutu gdzieś do "To", czyli ten w którym wyrzucał z siebie jedne z najinteligetniejszych powieści grozy w historii gatunku. Jest w tych powieściach jakaś moc, energia, która potem zniknęła. Oczywiście to nie tak, że potem pisał gorzej. Nie. Uwielbiam "Worek kości", "Rękę mistrza" czy "Dolores Claiborne", ale wydaje mi się, że pierwsza dekada w jego twórczości jest najciekawsza pod względem literackim i emocjonalnym.
Zapowiedzi
Aktualności ze światów Kinga
Social Media
STRONA NA SKRÓTY: