"To: Rozdział 2", to wszystko kwestia Wiary


Pierwsza część „To” okazała się hitem 2017 roku bijąc wiele rekordów i zarabiając niesamowite pieniądze. Szybko potwierdzono realizację drugiej części, a prace nad scenariuszem powierzono Gary’emu Daubermanowi, scenarzyście m. in. „Annabelle” oraz „Zakonnicy”. Dauberman pracował już przy pierwszym filmie jednak nie był jedynym scenarzystą, a jedynie (lub aż) pracował na materiale stworzonym przez Chase’a Palmera i twórcę serialu „Detektyw” Cary’ego Fukunagę. Przyznam szczerze, że nie jestem fanem uniwersum „Obecności”, ale jestem świadomy, że moje zdanie nijak ma się do wyników finansowych jakie osiągają te filmy. Ręka Daubermana i styl tych filmów były mocno odczuwalne w pierwszym filmie. Informacje o scenarzyście potraktowałem więc jako chęć producentów do pójścia z prądem nowej mody, a pragnienie obejrzenia w kinie kolejnego filmu na podstawie Kinga przykryła te wątpliwości.

Minęły dwa lata i oto do kin trafiła kontynuacja filmu, ponownie w reżyserii Andy’ego Muschietti’ego, ale tym razem z trzy razy większym budżetem i gwiazdorską obsadą. W pierwszym filmie cały ciężar aktorski spoczywał na barkach młodych, mało doświadczonych, aktorów, ale materiale jaki wybrano z obszernej powieści sprawdzili się rewelacyjnie. Powieściowy pierwowzór znam dość dobrze więc byłem pełen obaw co do kontynuacji, bo świadomość, że druga część skupi się na wątkach dorosłych nie napawała optymizmem, które w książce są one po prostu nudne. Ponadto sukces pierwszego filmu, jego niezwykle ciepły odbiór przez widownie niekoniecznie związaną z fanami Kinga, sprawił, że napompowano balon oczekiwań, który łatwo przebić.

Tutaj należałoby wyjaśnić skąd te obawy. Cały problem polega na tym jak filmowcy zmienili strukturę opowieści. Książka nie opowiada historii chronologicznie, jesteśmy świadkami wydarzeń z perspektywy dorosłych bohaterów przeplataną wspomnieniami o ich dorastaniu i… demonach ich przeszłości. W powieści jest pewna równowaga, która powstała właśnie poprzez zastosowanie takiej struktury narracyjnej. Filmowcy wszystko odkręcili i w pierwszym filmie dostaliśmy scalone młodzieńcze lata, historię powstania Klubu Frajerów i jego pierwszej potyczki z demonem nawiedzającym Derry.
Materiał który pozostał, który miał był kanwą drugiego filmu, to opowieść dorosłych. Tutaj nie ma miejsca na magię, ale jest za to sporo trudów dorosłego życia.
Jest przemoc domowa, oszukiwanie samego siebie i głęboko ukryty strach przed czymś niezdefiniowanym. To dorośli, którzy nie wierzą we wróżki, czarownice ani tym bardziej demonicznego klauna porywającego dzieci do kanałów. Nie wierzą, bo nie pamiętają!

Filmowcy nie mieli łatwej pracy. Doskonale zdawali sobie sprawę, że jeśli skupią się jedynie na dorosłych bohaterach, daleko nie zajadą i nie pomogą im nazwiska takie jak James McAvoy czy Jessica Chastain. Dlatego w filmie ponownie zobaczymy młodych Frajerów i kilka nieznanych wydarzeń z czasów pierwszej walki z Pennywisem (które niestety trudno umiejscowić w chronologii pierwszego filmu). Drugi film bardziej przypomina książkę niż mogłoby się wydawać. Mamy bowiem wydarzenie z perspektywy dorosłych bohaterów przeplecione z ich wspomnieniami z dzieciństwa.

Materiał nie był prosty, spora część opowieści nie nadawała się na materiał filmowy. I tak jak w pierwszym filmie zdecydowano się na wycięcie jednej z najbardziej kontrowersyjnych scen powieści, tak w drugiej zdecydowano się na spore zmiany w powieściowej mitologii, ale nie tylko. Pozostał Rytuał Chüd, ale jakoś odarty ze swojej mocy. Mike Hanlon, jedyny z siódemki Frajerów, który pozostał w Derry, w powieści był opanowany posługujący się argumentami bibliotekarz, w filmie to istny szaleniec, gotowy nawet do podania środków halucynogennych swojemu przyjacielowi tylko po to, aby przekonać go do swojej racji. Na dodatek manipuluje przyjaciółmi do samego końca, w dobrej wierze, ale jednak... Postać Henry’ego Bowersa powraca w drugim filmie, ale jego wątek tak zmarginalizowano, że wycinając go całkowicie nic byśmy nie stracili. Zachowano jednak to co najważniejsze, to co dla mnie wprost wylewało się z kart powieści: różnicę pomiędzy dzieciakami a dorosłymi.

W tym nieuchwytnym momencie, gdy wkraczamy w dorosłość tracimy coś z dzieciństwa, jakiś magiczny fragment naszej duszy, który sprawia, że boimy się ciemności, że wierzymy w opowieści o czarnej Wołdze, że bardziej cenimy przyjaźń niż pieniądze. Ten deficyt Wiary stał się główną przeszkodą dorosłych Frajerów w pokonaniu Pennywise’a. Nie tylko to, że zapomnieli co się wydarzyło 27 lat wcześniej, ale to, że mieli problemy z WIARĄ w to nawet po powrocie, gdy mieli to przed sobą w czystej postaci. W tym właśnie miały pomóc im filmowe totemy, które samotnie każdy z nich miał odnaleźć. Nie chodziło bowiem o odnalezienie przedmiotu, ale samego siebie, takiego jakim byli w dzieciństwie.

Obsada filmu została dobrana rewelacyjnie. Wspominałem już o dwóch znanych nazwiskach, ale okazało się, że nawet pomimo tego, iż Bill i Beverly są centralnymi postaciami, to pozostali aktorzy przyćmili tych znanych. Dobranie dorosłego Bena (Jay Ryan) i Eddie’go (James Ranson) wyszło super, ale postawienie obok siebie Wyatta Olefla i Andy’ego Beana wcielających się w Stana Urisa przypomina słynne memy „Czy już czujesz się stary”. Bill Hader bardzo naturalnie wszedł w rolę Ritchiego przygotowaną przez Finna Wolfharda. I tu mamy to co najbardziej mnie urzekło. Dorośli aktorzy wcielający się w postacie stworzone przez młodych, wcale nie narzucali swojej wizji, oni przejęli te postacie i kontynuowali to co swoimi kreacjami stworzyli młodzi, w sumie niedoświadczeni aktorzy. Wyszło rewelacyjnie, a chemia jaką widzimy na ekranie pomiędzy postaciami daje filmowi dodatkowe punkty.
Ani słowem nie wspomniałem jeszcze o Billu Skarsgårdzie, który w pierwszym filmie pokazał swoją wizję Pennywise’a. Miał wtedy niezwykle trudną rolę do zagrania, bo musiał zmierzyć się z ikoniczną rolą w wykonaniu Tima Curry’ego. W drugim filmie Skarsgård wchodzi w swoje dobrze dopasowane buty i kontynuuje ostrą jazdę pełną przerysowanego strachu i terroru. Po pierwszym seansie miałem mały niedosyt i odczucie, że Pennywise’a było za mało, że nie wykorzystano jego potencjału. Po drugim seansie musiałem odszczekać te zarzuty – oczywiście film opiera się na efektach specjalnych, ale Pennywise z twarzą Skarsgårda, jego mimiką, wargą i uciekającym okiem, może rzeczywiście nabawić koulrofobii.

Finałowe starcie w kanałach i podziemiach Derry to przykład horrorowej jazdy kolejką górską. Mamy pełne napięcia sceny rytuału spętania złej istoty i chwilę zawahania, która wiele kosztuje naszych bohaterów. Kolejne starcia z pajęczą postacią Pennywise’a, jakże inną od tej filmowej sprzed niemal 30 lat, udało się bardzo dobrze zrealizować, dbając o napięcie i odpowiednie tempo. Osobiście w ogóle nie odczuwałem długiego czasu trwania filmu i samego finału. Cały pełen emocji finał opiera się właśnie na kwestii wiary naszych bohaterów w możliwość pokonania Pennywise i ten aspekt wyraźnie widać w wielu scenach jednocześnie jest spójny z finałem pierwszego filmu.

Jak wspominałem nie jestem fanem nowej fali horrorów, której głównym przedstawicielem jest „Obecność”, a „To: Rozdział 2” ewidentnie wpisuje się w te popularne schematy budowania nastroju grozy i straszenia jump scare’ami. Horror powinien straszyć, a żeby przestraszyć widza trzeba zbudować odpowiedni nastrój, ale nie zawsze trzeba robić to poprzez rozładowywanie emocji śmiesznymi wstawkami, a tego jest tutaj sporo. Jednak, w przeciwieństwie do innych produkcji, tutaj ma to swoje uzasadnienie w postaci komicznego Ritchiego, jego zagrywek i sposobu prowadzenia relacji pomiędzy nim a Eddiem. Abstrahując od śmiesznych scenek i żartów rodem z rynsztokowych stand-upów mamy w „To: Rozdział 2” kilka przyprawiających o dreszcze scen, jak chociażby ta z Pennywisem unoszącym się w powietrzu z balonami (pławiącym się?) czy wręcz przerażających jak scena uchwycenia Ritchiego przez Martwe Światła.
Wspomniałem ju zmiany jakie filmowcy wprowadzili w filmie, a nie były to jedyne zmiany. Zmian było wiele, ale z perspektywy czasu oceniam je dość pozytywnie. Zamiast opisywać je jedna po drugiej i rozwodzić się nad nimi chciałbym wspomnieć o jeszcze jednym elemencie filmu, na który zwróciłem uwagę: easter eggi. Popularne „mrugnięcia” do fanów to nic nowego, a pisarska twórczość Kinga jest ich pełna. Także w filmie twórcy pofolgowali sobie i wrzucili ich całe mnóstwo. Od tablicy rejestracyjnej Christine czy ukłonu w stronę „Rzeczy” Carpentera po liczne cameo od Muschietti’ego do samego Kinga. Istna uczta dla uważnych i obeznanych widzów.

„To: Rozdział 2” okazał się bardzo udaną kontynuacją. Zgodnie z obawami pojawiły się krytyczne opinie, ale to było do przewidzenia przy tak napompowanych oczekiwaniach. Trzecie miejsce na liście najlepiej zarabiających horrorów z kategorią R (tuż za „To” i „Egzorcystą”) oznacza grube miliony dla wytwórni, która może być zainteresowana innymi ekranizacjami prozy Kinga. Dla mnie to zwiastun kolejnych „nowych otwarć” i mam nadzieję sfinalizowania przynajmniej części z długiej listy projektów, które znajdują się w fazie przedprodukcyjnej. Film na pewno ląduje na liście najlepszych ekranizacji prozy Stephena Kinga, bez względu na to czy nas przeraża czy nie. W kwestii Wiary pozostaje wierny książkowemu pierwowzorowi.
 
Zapowiedzi

2019-09-26

"Creepshow"

2019-10-04

"W wysokiej trawie"

2019-10-23

"Castle Rock"

2019-11-08

"Doctor Sleep"

Aktualności ze światów Kinga
Social Media
STRONA NA SKRÓTY: