Stephen King o wydaniu książki "Bastion: Wersja bez skrótów"

bachman_2

"Stephen King o "Bastion: Wersja bez skrótów""

("Stephen King on The Stand: Complete & Uncut")

Peter Schneider



Peter Schneider jest weteranem na rynku wydawniczym w USA. W swojej wieloletniej karierze pracował w kilku wydawnictwach, więc światek wydawniczy Nowego Jorku zna od podszewki. Współpracował m.in. z Johnem Grishamem, Neilem Gaimanem i oczywiście Stephenem Kingiem. Był również projektantem wydania limitowanego książki "Regulatorzy".

Jak sam mówi, uwielbia opowiadać o swojej pracy, a wspomnień ma wiele.

WSTĘP

Na początku listopada 1989 roku, departamenty redakcyjne i marketingu z wydawnictwa Doubleday przygotowywały się do grudniowej konferencji dla sprzedawców. Było to ogromne wydarzenie, które odbyło się w ośrodku na Key Biscayne na Florydzie dla trzech firm wydawniczych korporacji BDD (skrót od Bantam, Doubleday i Dell). W konferencji miało wziąć udział ponad tysiąc osób z całego świata w tym około czterdziestu przedstawicieli handlowych z Doubleday miało tam zapoznać się z tytułami premierowymi z listy wiosennej (okres od kwietnia do lipca). Celem było zapewnienie im niezbędnych informacji, aby już od stycznia mogli spotykać się ze swoimi klientami oraz zdobywać zlecenia i zaliczki potrzebne do określenia ostatecznej liczby egzemplarzy danej książki w pierwszym nakładzie.

Dla Doubleday (gdzie byłem dyrektorem ds. marketingu), naszym największym tytułem na tej liście był "Bastion: Wersja bez skrótów" ("The Stand: Complete & Uncut"). Chcieliśmy przygotować prezentację, która w zasadzie miała zwalić z nóg naszych przedstawicieli handlowych, tak aby po wyjściu zrobili z tej książki bestseller.

Choć może to brzmieć dziwnie teraz, nie każdy w BDD uważał, że to wydanie "Bastionu" może być "dużą" książką (pod względem sprzedaży, oczywiście, nie rozmiaru). Lou Aronica, wydawca z Bantam Spectra i jednen z moich najlepszych przyjaciół w firmie, uważał, że książka sprzeda się w najlepszym razie w 60.000 egzemplarzy. "Pete, oryginalna książka została opublikowana zaledwie dwanaście lat temu. Pewnie, że znajdą się fanatycy, którzy kupią nowe wydanie, ale myślę, że większość czytelników powie: "Byłem tam, czytałem o tym."" W tamtym czasie osobiście byłem wiernym czytelnikiem Stephena Kinga od osiemnastu lat i wiedziałem, że nie miał racji - ale wiedziałem też, że aby ta książka mogła odnieść sukces, musieliśmy wykonać przed naszymi handlowcami dość finezyjny taniec.

Głównym wydawcą w Doubleday była wtedy Nancy Evans. Została zatrudniona dwa lata wcześniej przez Alberto Vitale, prezesa BDD. Wcześniej pracowała w Book of the Month Club, a jeszcze wcześniej była redaktorem działu książek magazynu Glamour. Ja dołączyłem do Doubleday w czerwcu 1987 roku i przez pierwsze dwa lata Nancy i ja... powiedzmy, nie byliśmy najlepszymi przyjaciółmi.

Jednak kiedy zaczęliśmy pracę przy "Bastionie", szybko osiągnęliśmy porozumienie. Ona wiedziała, że ...Doubleday potrzebuje dużego bestsellera, a ja wiedziałem, że "Bastion", jest tym bestsellerem, więc skończyło się na bardzo bliskiej współpracy i tak staliśmy się przyjaciółmi.

Trzeba być świadomym, że prawie połowa z 42 przedstawicieli handlowych Doubleday w tamtym czasie, pracowała dla firmy od lat 70tych - a więc to oni sprzedawali do księgarni pierwsze pięć książek Stephena Kinga, to oni byli świadkami fenomenu, który zaczął się od "Carrie" i zakończył na pierwszym "Bastionie" kiedy, ku ich zmieszaniu, opuścił on firmę i przeszedł do NAL (New American Library).

Kiedy razem z Nancy omawialiśmy plany na konferencję, doszliśmy do wniosku, że najlepszą osobą do zaprezentowania książki (lub przynajmniej wprowadzenia) będzie sam Stephen King. Więc zadzwoniłem do jego biura w Bangor i zapytałem, czy możemy wpaść i nakręcić krótki film. Powiedziano nam: "Proszę bardzo, jeśli tylko chce wam się podróżować do Bangor w listopadzie."

Zrobiliśmy rezerwację na lot z lotniska La Guardia w Nowym Jorku, z przesiadką na lotnisku Logan w Bostonie, a stamtąd mniejszym samolotem do Bangor. Mieliśmy wylecieć z La Guardia o 8:45 rano, więc planowaliśmy spotkać się na lotnisku o 8:00.

Mniej więcej wtedy dotarło do nas, że zaimponowanie sprzedawcom było jedynie częścią równania - musieliśmy też zaimponować Stephenowi Kingowi.

Nancy i departament artystyczny Doubleday pracował nad reedycją pierwszych pięciu tytułów. Miały całkiem inną szatę graficzną niż pierwotne (co było naprawdę nieciekawe), ale za to tworzyły bardziej jednolitą serię wydawniczą. Nancy miała zabrać ze sobą kolorowe wydruki nowych obwolut.

Biorąc pod uwagę, że kierowałem całą maszynerią edycji limitowanych, poprosiłem nasz departament produkcyjny o przygotowanie makiety, tak aby była gotowa do zabrania do Bangor i pokazania Steve'owi. Kierownik produkcji odpowiedzialny za książki zapewnił mnie, że nie będzie to problemem.

Mieliśmy wyjechać w czwartek - więc w poniedziałek tego tygodnia poszedłem do niego i poprosiłem o makietę. "Och, będziemy ją mieli jutro" poinformowano mnie.

We wtorek otrzymałem tą samą odpowiedź. Aby się zabezpieczyć poprosiłem, aby wysłano makietę bezpośrednio do mojego domu w Westchester County. W środę po południu poszedłem do nich ponownie i zażądał, aby powiedzieli mi gdzie jest makieta. Kierownik wykonał telefon, a potem powiedział: "Och, mają mały problem, więc będzie wysłana dopiero dzisiaj poprzez nocną usługę UPS na twój domowy adres i rano będzie na miejscu".

Moja odpowiedź brzmiała (łagodnie mówiąc): "Nic mi po tym, zważywszy, że muszę być na lotnisku o 8:00 rano!".

Jednak nie mogłem tego odpuścić tak łatwo. Wiedziałem, że główny zakład dystrybucji UPS na północnych przedmieściach Nowego Jorku był w Elmsford, tylko dwadzieścia minut na południe od miejsca gdzie mieszkam i po drodze na lotnisko. W czwartek byłem na nogach o 4:30 i pojechałem do UPS w Elmsford (które działała 24 godziny na dobę). Tam musiałem błagać dyrektora zakładu, aby ostatecznie przez dwie godziny błądzić z nim w górę i w dół krętych labiryntów przenośników taśmowych, które przenosiły paczki. To był naprawdę miły facet (również fan Kinga), z którym wędrowałem po tym obiekcie wielkości dwóch boisk piłkarskich, próbując odczytywać wszystkie etykiety. Wreszcie, o godzinie 7:30, musiałem odpuścić i pobiegłem do samochodu aby zdążyć na lotnisko.

(W następnym tygodniu, miałem długą rozmowę o tej porażce (org. SNAFU - Situation Normal: All Fucked Up) z zastępcą dyrektora działu produkcji. Miała to sprawdzić i ostatecznie pojawiła się w moim biurze z czerwoną twarzą. Okazało się, że kierownik produkcji - ten, który ciągle obiecywał, że makieta dotrze na czas - wszystko wymyślił. Nigdy nie zamówił wykonania tej makiety. Cała moja podróż do centrum dystrybucji UPS była na próżno. I jakkolwiek zimno to zabrzmi teraz, nie uroniłem nawet łzy, gdy poproszono gościa aby odszedł z firmy.)

Pędziłem jak szalony w dół Hutchinson River Parkway, chcąc dostać się do La Guardia, zanim samolot odleci. Gdy podbiegłem do bramki, Nancy stała w przejściu czekając na mnie. "Masz makietę?" - spytała. Ja po prostu skrzywiłem się i powiedziałem: "To długa historia".

Lot do Bostonu był spokojny. Na Logan, musieliśmy zmienić terminal, a następnie odbyć pasem spacer do małego dziesięcioosobowego samolotu. Nancy nigdy wcześniej nie leciała takim środkiem transportu, a jej twarz była szara już w momencie gdy wchodziła na pokład.

Podróż trwała około półtorej godziny, a my odbyliśmy nerwową rozmowę. Po przylocie do Bangor, wypożyczyłem samochód i pojechaliśmy do biura Steve'a (które znajduje się bardzo blisko lotniska). Pobiegłem do środka, aby dać im znać, że jesteśmy - ale Shirley Sonderegger, asystentka Steve'a, powiedziała, że ...on wciąż jest w domu i że powinienem spotkać się z nim na miejscu (tak, tym domu z żelaznym kutym ogrodzeniem z pajęczynami). Zatrzymaliśmy się z Nancy na podjeździe i podeszliśmy ścieżką do drzwi.

Przez chwilę staraliśmy się ogarnąć, a potem zadzwoniłem do drzwi. Bez odpowiedzi. Znowu zadzwoniłem. Nadal brak odpowiedzi. Zapukałem do drzwi, myśląc, że być może dzwonek nie działa. Bez rezultatu. W tym momencie Nancy i ja spojrzeliśmy na siebie jednocześnie wymamrotaliśmy, "Czy myślisz, że nie chce się z nami widzieć?" (Jest to poziom niepewności, na którą podatni są ludzie pracują na rynku wydawniczym, nieważne czy są prezesami firm jak Nancy, dyrektorami marketingu, czy kimkolwiek innym, wystarczy, że mają styczność ze sławnymi autorami).

Wiedziałem jednak, że Shirley nie powiedziałaby nam, aby jechać do niego do domu, jeśli nie chciałby się z nami zobaczyć, więc powiedziałem: "Spróbujmy bocznymi drzwiami". Przeszliśmy wokół domu po prawej stronie i szybko dotarliśmy do ...drzwi. Zapukałem w nie i niemal natychmiast otworzyła Tabitha. Steve stał tuż za nią, i krzyknął: "Och, Pete, Shirley powiedział, że przyjdziesz. Wchodź."

Po kilku minutach nerwowego przekomarzania, Steve włożył płaszcz i powiedział: "Chodźcie za mną do biura".

Nancy ściskała folder z nowymi obwolutami, a ja torbę z kamerą VHS i statywem. (Teraz trudno w to uwierzyć, ale tak wtedy wyglądało robienie filmów. Żadnych mikrofonów kierunkowych czy dodatkowego oświetlenia). Zatrzymaliśmy się pod biurem (gdzie byliśmy dwadzieścia minut wcześniej). Ustawiłem kamerę na statywie w recepcji, a Steve usiadł na dużej kanapie. Nancy wręczyła mu nowe obwoluty, a on zaczął je komentować. To właśnie w tym momencie, wcisnąłem czerwony guzik w kamerze - i to jest właściwy moment, aby obejrzeć film.

Jednak zanim to zrobicie kilka uwag technicznych: film, który zobaczycie to surowy materiał, dokładnie taki jak go nagrałem swoją kamerą tamtego dnia. Znacznik czasowy, który pojawia się na dole, został dodany przez naszego technika, aby ułatwić mi montaż finalnego materiału na konferencję. Jednak to co wy zobaczycie, to kompletny materiał. Będziecie mogli również usłyszeć komentarze spoza kadru - te będą od Nancy Evans i ode mnie. W pokoju nie było nikogo poza naszą trójką.

Zauważycie też, że na samym początku filmu, są dwa momenty, w których ekran zaciemnia się podczas zmiany ujęć. To zaciemnienie zostało dokonane przez bardzo zaawansowany technicznie trik znany jako "dłoń Petera". Innymi słowy, aby oznaczyć przerwę w scenie zakrywałem ręką soczewkę, nie chcąc ryzykować wyłączenie kamery, bo mógłbym nie być w stanie ponownie jej włączyć. Jestem prawdziwym geniuszem technicznym, nie sądzicie?



POSŁOWIE


"...że możemy ruszyć do przodu i jeszcze kiedyś coś razem zrobić". To przedostatnie zdanie w filmie, ale okazało się najważniejszym dla wszystkich osób w Doubleday i BDD oglądających ten film.

Jak większość z was wie, w lecie 1977 roku Stephen King postanowił odejść z Doubleday i publikować w New American Library. (NAL był wydawcą książek w miękkiej oprawie, więc odsprzedawał prawa do wydań w twardej oprawie do wydawnictwa Viking. Później, Viking, NAL, Signet, Dutton i Penguin stały się jedną firmą: Penguin Publishing.)

Decyzja Kinga, aby opuścić Doubleday była spowodowana absurdalnymi decyzjami podjętymi przez ówczesne wysokie kierownictwo Doubleday (nie będę tego tu komentował). Większość niewtajemniczonych w sytuację pracowników Doubleday była zdumiona decyzją Kinga.

W późnych latach 80-tych, aby móc wydać "Bastion: Wersja bez skrótów", Penguin poprosił Doubleday o odsprzedanie praw do wydania tego tytułu w twardej oprawie. Odpowiedź Doubleday była krótka: "Oczywiście, że nie. Jesteśmy właścicielem tych praw, więc jeśli ktoś ma wydać książkę w twardej oprawie to będziemy to my. Wy (NAL i Penguin), oczywiście możecie mieć prawa do wydania książki w miękkiej oprawie".

Tylko dlatego, w skrócie, Doubleday po raz kolejny wydawał Stephena Kinga. Szczerze mówiąc, nie było szans, aby King wrócił do Doubleday, z wyjątkiem gdyby był do tego zmuszony - i jeśli znalibyście całą historię rozumielibyście dlaczego.

Jak powiedziałem wcześniej, większość zwykłych pracowników Doubleday nie miała o tym pojęcia, a więc fakt, że Doubleday po raz kolejny wydaje Stephena Kinga, był dla nich, być może, nowym początkiem.

Tak więc, gdy pod koniec filmu, Stephen King powiedział "...że możemy ruszyć do przodu i jeszcze kiedyś coś razem zrobić", pierwszą myślą przedstawicieli handlowych było "Wow, może ma zamiar wrócić do Doubleday".



* * * * *

Scena: Jesteśmy w wielkiej sali konferencyjnej w ośrodku w Key Biscayne. Przez dwadzieścia minut mówiłem czym dla nas jest ta nowa książka, jak będziemy ją wspierać i dlaczego ludzie będą ją kupować. Skończyłem moje przemówienie, mówiąc coś w stylu: "Mówiłem już zbyt długo. Jestem facetem z marketingu i doskonale wiecie, że zawsze będę wam wmawiał, że książka będzie sprzedawać się jak ciepłe bułeczki". (Tak, wtedy wszyscy wykorzystywaliśmy takie teksty). "Myślę, że jest tylko jedna osoba, która może powiedzieć wam jak jest naprawdę - jedna osoba, która może wmówić wam czym ta szalona książka naprawdę jest - i tą osobą jest Stephen King". Jedno skinienie głowy, światło gaśnie i na ekranie pojawia się film.

Po zakończeniu projekcji była sekunda lub dwie ciszy, a potem wszyscy obecni na sali przedstawiciele handlowi i inni pracownicy BDD wstali i zaczęli klaskać.

Wierzcie mi, moje wcześniejsze prezentacje na konferencjach sprzedaży kończyły się ziewaniem i pytaniami w stylu: "Więc czemu uważasz, że ktokolwiek kupi tę książkę?" Wiedziałem, że te oklaski nie miały nic wspólnego ze mną - to wszystko była zasługa niesamowitej prezentacji Stephena Kinga i tego przedostatniego zdania "...jeszcze kiedyś coś razem zrobić".

Aby w pełni zrozumieć efekt tej prezentacji, należy mieć świadomość, że Doubleday/Dell, gdy były jeszcze niezależne w latach70-tych i na początku 1980 roku, były obiektami żartów w środowisku wydawniczym. W 1986 roku zostały kupione przez Bertelsmann Publishing i włączone grupy Bantam pod nową nazwą BDD. Bantam Books był ulubieńcem Bertelsmanna - miał niezwykle udany program wydawniczy książek w miękkiej oprawie, a ostatnio stawało się potęgą na rynku książek w twardej oprawie z tytułami autorów takich jak Iacocca. Gdy Doubleday został przyjęty do grupy w 1987 roku, było oczywiste, że Bantam to jasnowłosy chłopiec, a my to brzydkie kaczątko schowane w cieniu.

Dlatego też, gdy Stephen King powiedział, że możemy "jeszcze kiedyś coś razem zrobić" rozpaliło to serca pracowników Doubleday.


EPILOG


Wspomniana konferencja miała miejsce w grudniu 1989. W styczniu 1990 roku Nancy Evans została bezceremonialnie zwolniona przez Bertelsmanna. Została zastąpiona przez Steve'a Rubina, który był redaktorem naczelnym w Bantam przez wiele lat.

Na początku maja, wszyscy byliśmy na następnej konferencji sprzedaży (znowu w Key Biscayne). "Bastion" trafił do sprzedaży dokładnie tydzień wcześniej, w środę 25 kwietnia. W tym czasie, wydawcy mieli specjalny numer w New York Times Book Review (dostępny po 17:00 w każdą środę), aby mogli usłyszeć nagrany komunikat zawierający wszystkie bestsellery.

Zwykle lista bestsellerów NYT uwzględnia sprzedaż od niedzieli do kolejnej soboty. W ciągu następnych kilku dni (do środy) dane są zbierane i tworzona jest lista. W tamtych czasach, lista była udostępniana najpierw telefonicznie, właśnie w środę od godziny 17:00 (teraz jest udostępniana przez Internet). W druku, lista ukazywała się w kolejny poniedziałek (w tym przypadku 7 maja), ale nazywana była od daty przypadającej na niedzielę po druku - czyli 13 maja 1990.

Odpuściłem kilka spotkań, aby wydzwaniać pod ten numer ze swojego pokoju. Choć prawdopodobnie trwało to tylko dziesięć lub piętnaście minut, to wydawało mi się wieloma godzinami, a ja ciągle dzwoniłem i ciągle słyszałem listę z poprzedniego tygodnia. Wreszcie, około 17:15, zadzwoniłem ponownie. Tym razem usłyszałem nowy głos na nagraniu. Wiedziałem, że to jest to. I wtedy usłyszałem słowa na które czekałem: "Na niedzielę, 13 maja lista New York Times Fiction Bestseller jest następująca: Numer jeden, "Bastion: Wersja bez skrótów" Stephen King, opublikowane przez Doubleday". Pamiętajcie, że dla "Bastionu" ten ranking nie obejmował nawet sprzedaży z całego tygodnia, a jedynie odzwierciedlenie sprzedaży od środy (kiedy to książka trafiła do księgarni) do soboty, a i tak osiągnął lepszy wynik niż inne książki.

Odłożyłem słuchawkę i pobiegłem korytarzem. Niecierpliwie czekałem na windę, którą miałem się dostać na spotkania, które kończyły się o 17:30. W końcu dotarłem na piętro konferencyjne i pobiegłem do sali, gdzie przedstawiciele Doubleday omawiali książki prezentowane tego dnia. Wpadłem przez drzwi do środka, a ludzie odwracali się, aby zobaczyć, kto tak niespodziewanie wparował do sali. Udało mi się wybełkotać: "Proszę wybaczyć moje wtargnięcie, ale chciałem powiedzieć wam wszystkim: "Bastion" jest numerem jeden na liście New York Times Book Review". W sali wybuchły okrzyki radości.

Ależ byłem żałosnym maniakiem, prawda? Ale to był ten moment, gdy wszyscy ludzie Doubleday mogli razem uczestniczyć w prawdziwym triumfie - i również zobaczyć miny tych wszystkich dyletantów, którzy przewidywali, że książka nie przebije nawet 50.000 sprzedanych egzemplarzy. Następnego dnia, Steve Rubin, nowy wydawca Doubleday, wysłał notatkę wewnętrzną którą możecie zobaczyć poniżej.
Steve Rubin - Doubleday Interoffice Memo

W grudniu 1990 roku, wiadomo było, że "Bastion" sprzedał w ponad 700.000 egzemplarzy w twardej oprawie, ale w czerwcu, na sześć miesięcy przed tym, opuściłem Doubleday i rozpocząłem pracę w Grove Press jako wice prezes ds. marketingu i sprzedaży. Ale to jest zupełnie inna historia...


Notka do filmu:

"Ekspozycja księgarni B. Dalton - premiera "Bastion: Wersja bez skrótów""

("Introduction to the DVD "B. Dalton's window for THE STAND: Complete & Uncut"")

Peter Schneider

(Niestety, obecnie film jest niedostepny. Do dyspozycji mamy tylko zrzut ekranu niskiej rozdzielczości - przyp. tłum.)

"Bastion: Wersja bez skrótów" miał się ukazać jednocześnie w całym kraju w dniu 25 kwietnia 1990 roku. W świecie wydawniczym to się nazywa "one-day laydown" i jest to coś, co robi się wyłącznie dla największych, najbardziej oczekiwanych książek. Innymi słowy, każdy sprzedawca w USA rozpocząć sprzedaż tej książki w tym samym dniu.

Na początku kwietnia zadzwonił do mnie Bebe Cole, krajowy przedstawiciel handlowy w Doubleday, i powiedział, że główna księgarnia B. Daltona (całkiem przypadkowo znajdująca się na parterze budynku przy 666 Fifth Avenue, w którym również znajdowały się biura dla Bantam/Doubleday/Dell) chce udostępnić swoją główną witrynę dla tej książki na całe pięć dni przed premierą.

Trochę historii: W 1990 roku, dwoma największymi księgarniami w USA były B. Dalton i Waldenbooks. Nie było jeszcze Amazona, jako że nie było Internetu. Borders Books był jeszcze stosunkowo niewielką siecią z siedzibą w miasteczku uniwersyteckim w Ann Arbor w Michigan. Barnes & Noble, choć był spółką-matką B. Daltona, był znany przede wszystkim ze swoich księgarni uniwersyteckich. W tamtym czasie byłoby bardzo trudno znaleźć w USA centrum handlowe, w którym nie byłoby księgarni B. Dalton lub Waldenbooks. (Tak samo jak trudno byłoby znaleźć centrum handlowe bez sklepu Spencera).

Z tych dwóch firm, to właśnie B. Dalton był uważany za potężniejszy, co oznaczało, że jako klient był oczkiem w głowie każdego sprzedawcy. I tak więc, gdy B. Dalton czegoś "żądał" to na pewno to coś dostawał. (Przy czym niezależnie, która ze stron zainicjowała taki pomysł, nie ważne czy chodziło o wystawę, czy część podłogi w sklepie, wydawca musiał zapłacić im dużo kasy za tzw. "współpracę promocyjną", a te opłaty były znacznie wyższe niż rzeczywisty koszt promocji. Na przykład, jeśli książka, którą publikowaliście miała zaszczyt użyczyć swojego tytułu świątecznemu katalogowi B. Daltona, to musieliście zapłacić za ten przywilej $45.000 lub więcej. Właśnie ta praktyka doprowadziła do procesów sądowych, które wybuchły w 1996 roku, złożonych przez niezależnych księgarzy w celu wydobycia dla siebie części pieniędzy z tych właśnie opłat).

W większości przypadków wystawa na głównej witrynie oznaczała ogromne stosy książek i samych obwolut. W związku z tym byliśmy w niekorzystnej sytuacji, ponieważ nie mogliśmy umieścić książek na wystawie przed faktyczną datą premiery. Musieliśmy wymyślić coś innego.

Za tego typu projekty zwykle odpowiedzialny jest dział marketingu. Wyciągnąłem kilka innych osób z departamentów marketingu, artystycznych i projektowych i wspólnie urządziliśmy burze mózgów. Ponieważ nie mogliśmy wystawić w witrynie książek, postanowiliśmy zainscenizować scenę z powieści, coś intrygującego i atrakcyjnego, co zaostrzy apetyt czytelników i rozpali ich wyobraźnię. Ale którą scenę?

Wybrać jedną scenę z tej książki było niezwykle trudno, szczególnie biorąc pod uwagę że miesiliśmy tysiące do wyboru. W końcu zdecydowaliśmy, że dla witryny w Nowym Yorku, najbardziej pasującą scenerią będzie opisany w książce wjazd do Tunelu Lincolna, widziany oczami Larry'ego Underwooda podczas jego ucieczki z opanowanego plagą Manhattanu.

Na szczęście miałem z zanadrzu pełnowymiarową kartonową makietę Stephena Kinga, która była wcześniej wykorzystywana do promowania jego książek wydanych przez Vikinga (wybłagałem ją u bliskiego przyjaciela, który pracował wtedy dla wydawnictwa Viking.) Byliśmy również w stanie wypozyczyć jeden duży wyświetlacz LCD, który mógł wyświetlać pięć różnych tekstów i robić sztuczki takie jak scrollowanie tekstu (tego typu rzeczy były wtedy uważane za szczyt techniki). Najważniejsza wiadomość brzmiała: "Pięć dni do premiery "Bastionu""). Departament artystyczny wykonał kilka wielkoformatowych grafik panoram Nowego Jorku do wykorzystania jako tło. Zbudowaliśmy także kopię wejścia do Tunelu Lincolna. Jeszcze jdna wycieczka do sklepu "Toys'R'Us" po samochodowe zabawki i byliśmy gotowi.

Poniższy zrzut pochodzi z filmu nakręconego kamerą VHS, późnym popołudniem, w dniu kiedy złożyliśmy całą wystawę. Jak widzicie, mieliśmy do dyspozycji ogromne okno do wypełnienia i zdecydowaliśmy się je trochę wykadrować za pomocą setek obwolut, które przykleiliśmy do okna wystawowego.
The Stand B Dalton window display (25-04-1990)

Nasza inscenizacja zdobyła uznanie zarówno B. Dalton i pracowników sprzedaży BDD. Każdego dnia mieliśmy biegać do sklepu tuż przed jego otwarciem aby zmienić liczbę dni pozostałych do premiery.

Rankiem 25 kwietnia, przechodziłem obok okna w kierunku wejścia do naszego budynku, gdy nagle stanąłem jak wryty. Cała nasza inscenizacja została usunięta (z wyjątkiem naturalnej wielkości Stephena Kinga) i zastąpiona stosami książek. Nie mam pojęcia, gdzie to wszystko - wynik wielu godzin naszej pracy - zostało przeniesione. Prawdopodobnie wylądowało w kontenerach na tyłach naszego budynku. (Na szczęście, udało nam się uzyskać wyświetlacz LCD i zwrócić go do wypożyczalni).


Tekst powstał jako komentarz do udostępnionych materiałów i jest objęty prawem autorskim. Peter nie życzy sobie, aby publikować go bez jego zgody. Powyższe tłumaczenie zostało wykonane za zgodą autora. Wszelkie błędy są winą tłumacza (przepraszam).

W pierwotnym tekście Petera, we fragmencie "Epilogu", wkradł się błąd dotyczący dat związanych z listą bestsellerów NYT, który po krótkiej rozmowie został wyjaśniony. Jeśli jednak traficie gdzieś na pierwotny tekst wiedzcie, że zmiany, które wprowadziłem służyły tylko wyprostowaniu tej kwestii.
Social Media
STRONA NA SKRÓTY: