"Światy Stephena Kinga" - dyskusja

Dopełnienie seminarium szczecińskiego. Tekst, którym kontynuował długą przygodę z Kingiem (długą, bo jeszcze nie skończoną) LapsusC poleca łaskawej uwadze czytelników ale sam przyznaje, że dyskusja ciekawsza.

Maćku P. – dzięki za przypomnienie tej rozmowy.

 

W dniach 18-20 marca 1988 roku w Szczecinie odbyło się seminarium literacko-filmowe “Światy Stephena Kinga”, zorganizowane przez Klub Miłośników Fantastyki “Kwant” i Centrum Kultury Młodzieżowej “Słowianin”. Organizatorzy pokazali większość filmów zrealizowanych według prozy Kinga, dostarczyli też uczestnikom kompletny i fachowo opracowany (przez Krzysztofa Sokołowskiego) zestaw materiałów informacyjnych. W spotkaniu uczestniczyli m. in. polscy wydawcy Kinga (Mirosław Kowalski, Iskry) oraz jego tłumacze (Danuta Górska i K. Sokołowski). Na zakończenie seminarium, podczas trwającej trzy godziny nocnej dyskusji, prowadzonej przez M. Parowskiego i K. Sokołowskiego, uczestnicy imprezy spróbowali uporać się z zadziwiającym zjawiskiem popularności pisarza oraz zrekonstruować jego filozofię. W publikowanym niżej skróconym zapisie dyskusji prezentujemy przebieg i atmosferę spotkania.

#

Maciej Parowski:

– Proszę państwa, mamy do czynienia ze swoistym fenomenem. Z autorem, którego dorobek prozatorski jest niemal natychmiast i prawie w całości adaptowany przez kino. Również przez reżyserów dużego formatu, a w przypadku Kubricka nawet wybitnych. Wypadałoby spróbować odpowiedzieć na pytanie – co w Kingu skusiło i kusi filmowców? To znaczy, czy kino bierze Kinga z całym dobrodziejstwem inwentarza, czy tez rezygnuje z wielu rzeczy, wybierając z jego prozy jakiż ważny motyw. Jaki motyw? Następnie należałoby chyba zapytać o epokę, o klimat kulturowy i obyczajowy, o stan świadomości czasu, w którym to wszystko ma miejsce… Porównując to, co mówią nam o Kingu tłumacze z tym, co oglądamy na ekranie, mam wrażenie, ze King w procesie filmowej adaptacji jest z czegoś otrząsany; kiedy on sam staje za kamerą, co widać w bardzo złym filmie „Maximum Overdrive”, to rozrzuca po ekranie wiele rzeczy z punktu widzenia kina tandetnych i nieważnych, może już nie to, że nie mogą dziwić rasowych filmowców, ale nie bawią również nas .. Natomiast zastanawiając się nad tym co niosą i jak są zbudowane najlepsze filmy we­dług Kinga takie jak „Shining”, „Carrie”, „The Dead Zone”, „Christine” czy opublikowana w „Fantastyce” nowela „Ballada o celnym strzale” mona chyba odpo­wiedzieć na pytanie, co King dal kinu? Dał mu mianowicie możliwość odnowienia horroru. King wyprowadził horror ze staroświeckiej gotyckiej rekwizytorni, z tej przestrzeni, w której poruszają się wampiry, wilkołaki czy białe damy i wprowadził go w nasz świat, w kt6rym są telefony, samochody, super hotele, śniegołazy, radiostacje, elektryczne maszyny do pisania, nieznośni uczniowie, zaborczy politycy. I w tym świecie, odkrytym przez siebie dla horroru, King wygrywa pewien efekt, który po namyśle pozwoliłem sobie nazwać „suspensem psychologicznym”, „suspensem metafizycznym”. Suspens klasyczny – wiemy to od Hitchcocka – polegał na tym, że kiedy na przykład my tu siedzimy z Sokołowskim przy stole, a pod stołem tyka bomba zegarowa, o której państwo wiecie, to żebyśmy nie wiem jak niemądre rzeczy wygadywali, nabiorą one paradoksalnego znaczenia, bo nakładają się na państwa strach, na oczekiwanie kiedy bomba strzeli. Gdybyśmy o niej nie wiedzieli, gdyby wybuchła ona znienacka – mielibyście państwo po prostu niemądrą rozmowę, a potem zaskoczenie, krótki szok. Ale gdy wiecie – jest już dramatyczne zawieszenie, a wiec suspens. I Kingowski suspens metafizyczny polega według mnie na tym, że on tę tykającą bombę przenosi do… głowy bohatera. Cały czas czekamy kiedy nastąpi psychologiczna eksplozja pisarza w „Lśnieniu” (i w „Balladzie o celnym strzale”), kiedy oszaleje Carrie, co zrobi jasnowidz w „The Dead Zone”, jak skończy się niebezpieczna samochodowa obsesja chłopaka w „Christine”… Kino współczesne potrzebowało chyba kogoś takiego jak King, kto by mu zaproponował ten suspens nowego rodzaju, nie dotyczący zdarzeń głównie fizykalnych, jak u Hitchcocka. W dodatku, mając te bombę zegarowa w głowie bohatera (przy całej swojej obsesji szaleństwa, ciemnych mocy zagrażających nam w nas samych i ze strony otaczającej nas cywilizacji) King mówi przy okazji i wcale niegłupio wiele interesujących rze­czy o współczesnej Ameryce. O politykach, o szkolnym piekiełku, o roli samochodu w życiu młodzieży, o małomiasteczkowym przeciekaniu życia przez palce. Przy czym King, mam wrażenie, dokleja te rodzajowość do swych suspensowych fabuł, dokleja ja w tym sensie, ze pamiętamy ja bodaj najkrócej. Po tygodniu, po miesiącu od obejrzenia filmu czy lektury najważniejszy staje się jednak ten główny motyw. Wszystko to zaproponował King kinu i publiczności w momencie narastania antyscjentystycznej, antynaukowej rewolty. w momencie znużenia techniką i ozywania tęsknot metafizycznych, w momencie, w którym przypominamy sobie o drzemiących w każdym człowieku mocach ducha, przytłumionych przez cywilizację. Kolejna sprawa to stosunek filmów według Kinga do fantastyki. Zapropono­wał on kinu nowoczesny rodzaj fantastyki, bo nie polegający na mnożeniu efektów, rekwizytów i budowaniu kosztownych fantastycznych planów, lecz na szczególnej umowie miedzy widzem a twórcą. King wymyślił (czy może kino wzięło od niego?) taką fantastyczną grozę, która ukrywa się pod codzienna maska rzeczywistości; niby o niej wiemy, drżymy przed nią, ale jej nie widzimy. Jest to z punktu widzenia kina ciekawsze i na pewno tańsze. Stary Irzykowski tak o tym mówił w „X Muzie”: „Gdyby kino miało się stać wehikułem modnej pseudowiary w gusła, du­chy i czarownice, byłaby to pobudka wprawdzie intelektualna lecz nieinteligentna (…) Fantastyka bardzo często rozmija się z fantazją, fantazja zaś to nie niesamowitość czy nadzwyczajność lecz wprawianie w ruch pewnych władz duszy…” Mam wrażenie, ze w najlepszych rzeczach Kinga, albo według Kinga, autorzy wprawiają właśnie w ruch władze naszej duszy, Czyli metafizyczny suspens, amerykańska rodzajowość, oszczędna fanta­styka nie posługująca się rekwizytem, wyartykułowanie w ciekawy sposób duchowych niepokojów towarzyszących cywilizacyjnemu rozwojowi – oto zalety Kinga. Jeśli nawet nie wystarczają one, by mówić o nim jako geniuszu, to na pewno jako o człowieku, który ma znamiona genialności bowiem wyraził, a częściowo też ukształtował klimat swego czasu. Myślę, ze King zasłużył na miano Poego schyłku XX wieku. Poprzednio spełniał tę rolę… chyba Lovecraft? To tyle na początek.

Krzysztof Sokołowski:

– Boję się żebyśmy nie zacałowali Kinga na śmierć. Jesteśmy tu od paru dni w specyficznej sytuacji, oglądamy filmy tylko według jego prozy, King przesłonił nam świat. Czy może odwrotnie – mamy wrażenie, że jednym odważnym kopniakiem King wywalił zamknięte wrota prowadząc do długo ukrywanej tajemnicy. Teraz dzięki niemu czytamy tę nową Biblię XX wieku, nareszcie rozumiemy genezę i cel naszego świata, jeszcze chwila i poznamy jedno magiczne słowo, które definitywnie zmieni rzeczywistość. Ponieważ sam mam po obejrzeniu parunastu filmów według Kin­ga mieszane uczucia, proponuje odnieść się do niego bardziej krytycznie, bo to może wyjść tylko na dobre. Dyskusja mogłaby rzeczywiście dotyczyć stosunku miedzy Kingiem a przemysłem filmowym. Otóż tylko cztery z filmów, które obejrzeliśmy, odpowiadają według mnie kategorii filmu dobrego: „Shining”, „Christine”, „Carrie”, „The Dead Zone” – przy czym na przykład film „Carrie” zaczyna mi się z upływem czasu wydawać znacznie lepszy niż książka, która była tu przed państwem zacałowywana przez piękne zresztą usta Danusi Górskiej. Czemu te filmy można uznać za wybitne? Mając tę zupełnie przypadkowa przewagę nad Maćkiem, że znam całą prozatorską twórczość Kinga, odnoszę wrażenie, ze reżyserzy zrobili mu ogromną przysługę, czyszcząc jego książki z tego, co po obejrzeniu filmów wydaje się zbędne. Oczywiście, jego książki znakomicie się czytaj, pisane są obrazowo, wszystko się rusza, zmienia, akcja wygląda tak, jakbyśmy oglądali film. Ale jeśli z powodów, na przy­kład językowych, zaczyna się czytać Kin­ga trochę wolniej, to ta proza przestaje się tak szaleńczo podobać. Jedna z wad twórczości Kinga, którą kino obnażyło w sposób bezlitosny, jest redundancja, nadmiarowość jego książek. Mówią o wszystkim i przez to jakby przestają mówić dobrze o czymkolwiek. Oczywiście, jest w nich widoczny znakomity instynkt pisarski, niezłe wyczucie rytmu życia, jest gotowość do rejestrowania tego codziennego brudu językowego (w pozytywnym znaczeniu), o czym dwa dni temu mówiła Danusia. Ale jest też nachalna próba zaapelowania do masowej widowni, która łaknie fantastyczności, nie zastanawiając się nad jakością tego co łyka. King próbuje uwodzić także intelektualistów, w związku z czym daje cytaty i motta z klasyki, bohaterowie zaczynają mu rozmawiać dialogami z Szekspira, Poe też się oczywiście pojawia. I to się potem sprzedaje w okładkach, na których mamy zakrwawiona twarz, albo rękę wyłaniającą się z ziemi, żeby nie było wątpliwości, że jest to horror. A jak to się czyta, wiadomo – czytelnik idzie za głównym wątkiem pomijając resztę, jak my opisy przyrody w „Panu Tadeuszu”. Nie jest przecież żadnym sekretem, że swoje powodzenie King w znacznie mniejszym stopniu zawdzięcza sukcesowi komercyjnemu powieści „Carrie”, a w znacznym większym temu, że Brian de Palma zrobił z niej głośny film. Reżyser musiał z książki wykreślić bardzo dużo, a u Kinga to skreślanie idzie zadziwiająco łatwo. Czyli, tak jak intuicyjnie powiedział Maciek, Palma otrząsał książkę z niepotrzebnych wątków jak z kurzu. Wszyscy reżyserzy musza tak robić. Mam wrażenie, że u Kinga więcej niż połowa to właśnie ten kurz, dopiero reszta daje się przerobić na film. Cóż jest tą resztą? Reżyserzy, jak widz, starają się nie rezygnować przede wszystkim z tego co wygląda u Kinga na rejestrację realiów współczesnej Ameryki, bo wychodzą z założenia, ze to co jest znane, będzie najchętniej oglądane. W związku z tym biorą na przykład prezydencką kampanię wyborczą z „The Dead Zone” pokazaną przez pisarza tak karykaturalnie, że to się stało groteską i politycznym kabaretem, który… jak mi tu Maciej podpowiada… musiał się spodobać Rosjanom. Fakt, w ZSRR przetłumaczono tę książkę. Albo bierze King na warsztat mit samochodu, co może wyraźniej nawet niż w „Christine” widać w jego autorskim filmie „Maximum Overdrive”, gdzie niszczy dziesiątki maszyn, ludzie giną jak muchy, flaki po prostu wylatują na kamerę. Możemy intelektualizować, udawać, ze to esej społeczny, ale jest to na­prawdę ładny, chwilami obrzydliwy, miszmasz. Tombak po prostu. Toteż myślę, ze sprawy swoistego fałszerstwa intelektualnego, jakiego dopuszcza się King w swoim dziele nie wolno nam tutaj pomijać.

Dyskutant I:

– Czytam „Fantastykę” od pierwszego numeru, czytam 90% tych książek fantastycznych, które ukazują się na naszym rynku i do momentu ukazania się „Fantastyki” (1/1988), gdzie była „Ballada o celnym strzale” oraz dwa eseje, nie spotkałem się z nazwiskiem Kinga. Pamiętam jak w latach siedemdziesiątych wyszła u nas książka polemizująca z McLuhanem zanim jeszcze ukazała się jakakolwiek praca tego myśliciela. Teraz podobnie, nie znamy Kinga jako pisarza, ale już nam się mówi, że jest on fałszerzem. Częściowo w związku z tym zjawiskiem mam pytanie do pana Parowskiego: jakie ma kompetencje do wypowiadania się o Kingu i od kiedy zna to nazwisko?

Parowski:

– Od co najmniej sześciu lat, kiedy wiosną ’82 obejrzałem w warszawskim „Kwancie” „Shining” Kubricka. Czytałem potem parę rzeczy o Kingu, któ­re ukazały się po polsku, m.in. bardzo ciekawe zwierzenia scenarzystki tego filmu w „Filmie na świecie”. Podobnie jak państwo zaliczyłem całą naszą imprezę, przeczytałem wszystkie materiały i oczywiście kingowski numer „Fantastyki”. Dlatego. mimo pana zastrzeżeń czuję się kompetentny, by mówic o tym jak ja odbieram Kinga. Nie wiem czy pan mnie atakuje za to, że śmiem wypowiadać się o pisarzu, którego nie czytam w oryginale, czy tez chce pan, żebyśmy zaczęli się tutaj wspólnie żalić na polityk® przekładową polskich wydawców. A co się tyczy ataku Sokołowskiego,  to powiem panu w zaufaniu, że i on, jak my wszyscy, też jest jakoś zafascynowany Kingiem a symuluje tu dyzgust przez przekorę i dla dobra dyskusji.

Sokołowski:

– Podejrzewam, że panu chodzi po prostu o to, żeby ktoś wziął na siebie obowiązek ogólnego przedstawienia jego książek, powiedzenia kim jest King?… Proszę bardzo… Pisałem w materiałach tej imprezy o dwoistości natury Kinga jako fantasty i jednocześnie pisarza aspirującego do opisu rozterek społeczeństwa amerykańskiego. Cztery najlepsze filmy na podstawie utworów Kinga nie są, o dziwo, wcale według mnie reprezentatywne dla jego prozy. Na przykład film „Shining” jest ekranizacją szalenie wyrafinowaną konstrukcyjnie, to film cechujący się nieprawdopodobną wręcz jednością wszystkich elementów, cały świat pokazany na ekranie jest metafora tego co dzieje się w mózgu, w psychice głównego bohatera, który w końcu umiera, zamarza w pustym labiryncie z wyrazem rozpaczy i prośby na twarzy… King nie działa w sposób tak wyrafinowany, jest pisarzem wielkiej świeżości, ale zdarzają mu się i drastyczne kiksy. No i przede wszystkim wszystko u niego leci w oszałamiającym tempie, czytelnik od pierwszej strony dostaje pogłowie. Książka „Shining” nie przypomina pojedynku fechmistrza, jaki toczy z widownią Ku­brick, tylko siłowy pojedynek bokserski, w którym liczy się lawina ciosów i to kto kogo powali na kolana. Film „Christine” też jest zimny, wyrafinowany, odległy (nie spodobał się Kingowi); w książce mamy inaczej – wartko i hałaśliwie. „Carrie” – w tym utworze widać wyraźnie, ze jest to opowiadanie rozdmuchane do rozmiarów po­wieści, co oczywiście uważam za wadę. Czuje się w tekście wahania pisarza, akcja zwalnia, autor mnoży doniesienia prasowe, cytuje całą wymyślona przez siebie strukturę epistolarna. Robi to znakomicie, ale widać wyraźnie, ze nabija strony, nabija słowa, robi wierszówkę. Obserwować też można w tej książce charakterystyczny dla Kinga maksymalizm. Zagłada miasteczka Chamberlain (bo idzie o całe miasteczko, a nie, jak w filmie, o salę szkolną) dokonuje się w ten sposób, że skrzywdzona na balu maturalnym Carrie wędruje ulicami i towarzyszy jej fala zagłady. Carrie kosi równo z trawa, zrywa przewody wysokiego napięcia, ludzie padają i wiją się, płoną na nich ubrania. Jest to kataklizm gigantyczny jak przemarsz Godzilli przez Tokio, a dla przytomnego czytelnika trochę też groteskowy jak wędrówka mlecznego stworka z „Ghostbusters”. W dodatku manipulacja sprawami tak dyskretnymi, jak te, że panienka dostaje pierwszego okresu (niestety, zastrzeżenie to dotyczy także filmu), czy próba opisania psychiki kobiety od tak dalece biologicznej strony – to wszystko wydaje mi się dość prymitywne. Prymitywne, wręcz niemądre, wydaje mi się też znęcanie Kinga nad amerykańską demokracją, bo to de facto mamy w „The Dead Zone” oprócz ciekawego wątku fantastycznego. Dlatego po tej krótkiej analizie poznawczej namawiam państwa jeszcze raz nie tyle do budowy pomnika Kinga, co do kopania dołu pod jego fundamentami, żeby zobaczyć, co pod nimi jest schowane.

Dyskutant II:

– Najpierw zalicza pan film „Carrie” do „wielkiej czwórki”, a teraz ma mu pan za złe, że mówi o dyskretnych kobiecych sprawach. Ceni pan film ale miesza z błotem.

Sokołowski:

– Bo to jest problem, który się powtarza w przypadku Kinga. Zaleta jego powieści jest to, ze człowiek czyta wręcz nieprzytomnie, leci od sytuacji do sytuacji, nie podejmując refleksji, że sytuacje są głupie, bohaterowie zaś jednowymiarowi. Czytelnik pędzi żeby zoba­czyć, jak to wszystko się skończy. Kino w/g Kinga częściowo przejmuje tę wadę. Podtrzymuję oczywiście wysoką w sumie ocenę filmu „Carrie”, choćby dlatego, ze jest powściągliwszy od pierwowzoru literackiego, ale ponieważ mamy mieć dyskusję, proponuję, żeby o pozostałych zaletach filmu powiedział już Maciek.

Parowski: Może zaletą filmu jest nie tylko to co pokazuje, ale to do czego się odwołuje?… Myślę, ze każdy z nas nosi w sobie, w jakimś zakamarku duszy Brzydkie Kaczątko. Każdy w jakimś okresie życia czul się gorszy, brzydszy, uciśniony, prześladowany, nieszczęśliwy. I Brzydkie Kaczątko w każdym z nas, uciśnione i upokorzone – wiemy to dobrze – nie tylko marzy o tym, żeby stać się łabędziem, ale także… może przede wszyst­kim… chciałoby oddać. Odegrać się. I film do tego uczucia apeluje, do drzemiącej w nas chęci rewanżu. Ale ponieważ jest to film zrobiony przez artystę, który umie operować obrazem, napięciem i którego, w tym przynajmniej filmie, instynkt i umiejętności nie zawiodły, to pokazuje on nam w dość wyważony sposób takie Brzydkie Kaczątko, które powoli podnosi się, identyfikuje się ze swoja siłą i zaczyna jej używać. W filmie używa tej siły nieco oględniej. A wiec nie „kosi równo z trawą”, tyl­ko, bo ja wiem, wymierza sprawiedliwość.

Sokołowski:

– Zgadzam się na Brzydkie Kaczątko, to ciekawy trop, natomiast wydaje mi się dość tanim pomysłem używanie telekinezy czy innej nadprzyrodzoności aby bohaterka mogła się zemścić. King wdrapuje się w swoich utworach na wysoką wieżę fantastyki, my leziemy tam za nim i stamtąd patrzymy na świat, ale nie bardzo wiadomo dlaczego. Wolałbym, żeby Carrie była bardziej podobna do bohatera powieści Richarda Bachma­na (pseudonim Kinga – przypis red.) „The Running Man”, który kopany i bity potrafi się zemścić w bardzo pomysłowy i wyszukany sposób, ale używając własnej inteligencji. Mówię tak, bo wiem, że większość powieści Kinga była inspirowana przez autentyczne wydarzenia, które, przepraszam za wyrażenie, były normalne i kończyły się normalnie. Istniała rzeczywista Carrie, prześladowana dziewczyna cierpiąca na epilepsję, która podczas jednego z ataków udławiła się językiem i zmarła. King zresztą zwierza się w jednym z esejów, ze zmierzał w powieści do happy endu – Carrie miała się trochę odegrać, jej dar i przekleństwo miał zniknąć z drugą miesiączką, klasa miała ja zaaprobować, a w przyszłości dziewczyna miała nawet wyjść za mąż za Tommy Rossa. Ta prawdziwa śmierć wydaje mi się rozwiązaniem   znacznie   wartościowszym prozatorsko niż obdarzanie bohaterki talentem telekinezy i zabijania oczami, jaki maja w SF roboty i stworzenia z Marsa. Gdyby autor się wysilił na inny pomysł powieść wyglądałaby lepiej.

Parowski:

– Tylko, że to nie byłby King!

Mirosław Kowalski:

– I Palma by tego nie nakręcił! Masz pretensje o telekinezę, że jest rzeczą nieprawdopodobną i tanią. Ale w momencie, w którym pisarz wysiliłby wyobraźnię w inną stronę, nie byłoby horroru tylko kryminał i nie byłaby to fantastyka, tylko obyczajowa opowiastka. Poza tym, nawiązując do tego co mówiłeś wcześniej, nie podejrzewam żeby King już jako debiutant miał skłonności charakterystyczne dla Aleksandra Dumasa sztucznego rozdymania swojej prozy dla mamony. Wspomniane fragmenty „Carrie” – przytoczenia z książek, biuletynów, słowników, gazet, wywiadów – to jest zgrabny artystycznie i żywy obraz Stanów lat siedemdziesiątych, dający możliwość socjologicznego wglądu w podstawowe problemy nękające małą społeczność. To daje bardzo przyzwoicie zrobiona, niemal balzakowska panoramę.

Sokołowski:

– Powtarzam, wole Bachmana z jego skopanym przez społeczeństwo bohaterem, który używając tyl­ko siły mięśni i intelektu mści się okrutnie, mimo ze w końcu ponosi klęskę, bo brakuje mu cech Supermana. Ale startuje do walki, ryzykuje. Co do socjologii w literaturze, to nie może się ona wyrażać traktatami. Cytaty zestawione przez Kinga w „Carrie” są dobrze zrobione ale wg mnie literacko martwe.

Dyskutant II: Proszę pana, wiemy, ze motyw zemsty jest bardzo żywy w literaturze i kinie amerykańskim. Więc gdyby King napisał tak jak pan proponuje, była­by to jeszcze jedna odmiana opowiadania z cyklu „36 opowiadań amerykańskich”, jakie co pewien czas wydaje się u nas. Ale nie byłoby poczytnej powieści „Carrie”, odsłaniającej nowe horyzonty. King potrafił wyrazić nasze atawistyczne lęki, ja­kie odczuwamy wobec drugiego człowie­ka, jakie odczuwamy wobec techniki. Ludzkość robi cywilizację ale pojedynczy ludzie w małych miejscowościach nie nadążają za nią, podświadomie boja się jej. I King to wszystko wygrywa, zemstę i owe leki. Po co nam kolejny kryminał, mamy ich w literaturze amerykańskiej na pęczki. A co się tyczy jego stylistycznych usterek czy fabularnych przerostów, to może on celowo pisze lak trochę fałszywie, żebyśmy nie mieli wrażenia, ze zwraca się do nas jakiś literacki Bóg – Hemingway, Tołstoj czy Czechow – tylko przychodzi zwykły człowiek pogadać z drugim człowiekiem o tym, czego się naprawdę boją. I King to wszystko właśnie w tym sensie robi genialnie. Boję się, ze pan nie docenia dobrego rzemiosła w literaturze. Mnie to co pan mówi kojarzy się z taką sytuacją: fakir gra na fujarce, trochę fałszuje, ale kobra tańczy. A pan chciałby, żeby on tę kobrę przekonał, że ona ma tańczyć.

Sokolowski:

– Bardzo lubię się bawić i kocham dobre rzemiosło literackie, ale jestem też przeciwnikiem używania słowa „sztuka” tam, gdzie ono nie pasuje. Po prostu nie mówmy o Kingu jako geniuszu, bo to by go sytuowało gdzieś miedzy Dostojewskim. Faulknerem a Joycem, a nie wśród nich jego miejsce. Powiedzmy po prostu, ze jest to doskonały rzemieślnik.

Dyskutant II:

– Proszę zwrócić uwagę, ze 2000 lat temu, jak Grek robił wazę, było to rzemiosło a nie dzieło sztuki. Po tysiącu lat było to już rzemiosło artystyczne. A teraz, jak ktoś ogląda taką wazę w muzeum, to to jest sztuka. I może my już dziś dostrzegamy w Kingu ten błysk genialności, który za sto lat każe naszym następcom mówić o nim jako artyście i fenomenie socjologicznym.

Sokołowski:

– Nie mam raczej złudzeń, że ktokolwiek za sto lat uzna Kinga za nieśmiertelnego naszej epoki. Choć przyznaję, ze gdybym się teraz dowiedział, ze wkrótce mam umrzeć i zdążę przeczytać tylko jedna książkę, to prawdopodobnie wolałbym, żeby to była książka Kinga i Strauba „Talizman” niż „Bracia Karamazow” albo coś takiego.

Dyskutant II:

– Nie rozumiem pana skłonności do bardzo dokładnego wyważania wartości artystycznych. Pan bierze Kinga pod krytyczną lupę i bezlitośnie ocenia. A może także nas – jego czytelników, tych którzy go adaptują i ich widownię – należałoby wziąć pod lupę? Dlaczego pewni twórcy zdobywają popularność i przechodzą do historii? To nie jest tylko kwestia ich indywidualnej wartości ale i socjologicznego fenomenu. Armstrong miał swojego muzycznego sobowtóra, który grał identycznie jak Luis tyle ze nie robił jego błędów, był perfekcjonistą, po prostu techniczne cudo! Dlaczego to Armstrong przeszedł do historii?

Sokołowski:

– Bo miał cholerne szczęście.

Dyskutant II:

– Albo Elvis?… Byli lepsi wykonawcy od niego, ale to właśnie Pre­sley, może także w wyniku różnych swoich niedoskonałości, stworzył nowy gatunek, nowy sposób śpiewania. Podobnie King, gdyby dał nam powieść doskonałą, zrównoważoną, do której nie można się przyczepić, uśmierciłby horror. A właśnie taki jaki jest, ma te zaletę, że działa zapładniająco. Bo teraz, kiedy wspominam inne filmy, a obejrzałem w życiu trochę horrorów, to wszystko kumuluje mi się w Kingu. A on zawsze pozostawia furtkę – gdzieś tam kawałek blaszki rusza się w zakończeniu, ręka wystaje z grobu, dziewczyna uświadamia sobie, ze ma część umiejętności Carrie. Zawsze jest furtka: podążajcie za mną, piszcie swoja fabułę.

Kowalski:

– Zaraz, zaraz, elementów, o których pan mówi nie było u Kinga. Zostały mu dopisane przez filmowców.

Parowski:

– Właśnie. Mam paradoksalne wrażenie, ze kino według jego pro­zy jest bardziej kingowskie niż on sam, że jest odważniejsze od niego w wygrywaniu podstawowego kingowskiego motywu. Co uważam za taki motyw? Mówiłem o suspensie metafizycznym, o bombie zegarowej szaleństwa tykającej w głowie bohatera. Ale na tym nie koniec, bo prze­cież mamy dwie filozofie, dwie wizje świata, w którym owo szaleństwo się objawia. Jedna nazwałem sobie umownie „wizją astrologiczną”, a drugą – „marksistowską”***. O co mi chodzi?… Astrologowie widza świat w ten sposób, ze pewni ludzie rodzą się z pewnymi cechami i skłonnościami; losowa kosmiczna maszynka urodzin sprawia, że oni są od początku do czegoś stworzeni. I w którymś momencie ci stworzeni do czarów stają się czarownikami, do świętości – świętymi, do cierpienia – męczennikami, a do zdobywania – zdobywcami. W marksizmie, takim bardzo popularnym marksizmie, ta sprawa wygląda inaczej: byt kształtuje świadomość, środowisko wpływa i modeluje jednostkę itp.. itd. Otóż mam wrażenie, że kino w/g Kinga jest zdecydowanie astrologiczne, natomiast on sam próbuje jeszcze być, czy może udaje czasem, ze jest marksistowski. Scenarzystka „Shining” opowiada, ze były w powieści próby wytłumaczenia, czemu pisarz szaleje; u Kinga jest to syn alkoholika, próbuje się swoim pisarstwem zrehabilitować, zdobyć pozycję, ale to się nie udaje i dlatego przychodzi kryzys. Kino zrezygnowało z tych uzasadnień, po prostu padło na pisarza i już. Wyciągnął taką życiową kartę i nie ma wyjścia. Kubrick opowiedział tę historię astrologicznie. Przypomnijcie sobie państwo oglądaną dzisiaj „The Dead Zone”; przecież jasnowidz mówi wręcz o swym darze jak o przekleństwie. Ktoś mu replikuje: „Bóg ci dał”. Ale to też przecież wychodzi tak, żeś dostał ten dar i musisz go nieść, a nie żeś go sobie wypracował, albo ze ktoś cię tym darem za cos ukarał. W wyświetlanym wczoraj bardzo niedobrym „Sa­lem’s Lot” pada znaczące pytanie: „Czy może być cos dziedzicznie złe?” Kino oczywiście odpowiada, że może. Po pro­stu szaleństwo, zło, jasnowidzenie, dziwnie umiejętności… spadają na człowieka, bohater wyciąga taki akurat los na loterii życia. Od tego nie ma apelacji. Matka Carrie od początku wiedziała, ze córka jest wariatką, furiatką i telekinetyczką… Kino za każdym razem odważnie wydobywa z Kinga ten motyw przekleństwa, ten fatalizm – filmowcy idą za Kingiem do końca i właściwie wyprzedzają Kinga. Może King bał się wyłożyć tę filozofię tak jednoznacznie, może rzecz w swoistości konstrukcji literackiej, która prosi się o uzasadnienia, o podawanie przyczyn? Nie myślę tu o pogoni za wierszówką, tylko o istotnej właściwości wpisanej w naturę prozy, że ona musi wchodzić w sprawę przyczyn, że powieść musi trwać, a boha­ter winien się z biegiem stron rozwijać. Natomiast kino ma znacznie mniej czasu, to płynie z natury kina, to upraszczanie wszystkiego i rozdawanie ról, a choćby wejścia od razu w akcję i grania. Kino wypowiada się przez obraz, buduje struktury mityczne, działa na podświadomość. Może także dlatego kino w/g Kinga jest je­dnoznacznie astrologiczne, a pisarz zdaje się zdradzać w tej kwestii objawy niezdecydowania. Ale to w nim było na pewno, kino to dostało od niego.

Dyskutant III:

– Przepraszam, może się czepiam szczegółów, ale jasnowidz w „The Dead Zone” nie ma określonej przyszłości, do której mógłby dążyć, bo prze­cież zmienia przyszłość swoimi przepowiedniami.

Parowski:

– Mnie chodzi o to, że został napiętnowany swoją zdolnością i ze został właściwie skazany na interweniowanie w historię. Tam pada takie hipotetyczne pytanie: ”wiesz kim będzie Hitler; czy możesz go nie zabić, czy wolno ci nie spróbować go zabić?” Oczywista odpowiedź na to pytanie wyznacza los jasnowidza. On też nie ma wyjścia.

Robert J. Szmidt:

– To prawda. Właś­ciwie w żadnym z tych ciekawszych filmów w/g Kinga nie ma happy endu. Boha­ter jest bezbronny wobec przeznaczenia. Carrie umiera, pisarz umiera, automobilowy maniak umiera; jasnowidz z „The Dead Zone” najpierw traci dziewczynę, a potem ginie próbując zabić kandydata na prezydenta.

Parowski:

– Ale wygrywa. Demaskuje kanalię i w przedśmiertnej wizji dowiaduje się o tym. Tam akurat jest happy end. Jasnowidz zrobił co do niego należało.

R.J. Szmidt:

– Za jaką cenę?

Parowski:

– Za cenę swojego życia i życia tego demonicznego pretendenta uratował świat. To jest godziwa cena. Dziwny dar, który uważał za przekleństwo, przyniósł dobry owoc. Poza tym on nie chciał żyć. Męczył się przecież ze swoją zdolnością i dopiero w momencie śmierci widzi, że męka nie poszła na marne. Uwa­żam to za happy end, nawet bardzo mocny.

Sokołowski:

– Zgadzam się. Zgadzam się także z tym, że film czyszcząc i interpretując pisarza stał się bardziej kingowski niż jego proza. Chyba rzeczywiście jest w jego książkach powtarzająca się metafora kola fortuny. Zostałeś rzucony na takie a nie inne pole i na nim jest zapisany twój los. King lubi mówić o swoich doświadczeniach, popisywać się biografią, która, jak twierdzi, predestynowała go do uprawiania horroru. Ale teraz, po tym co powiedział Maciek, mam nieodparte wrażenie, że strachy dzieciństwa, o których King w swych esejach ochoczo, nawet z kokieterią, opowiada, maskują lęk znacznie bardziej fundamentalny. Jest to strach przed tym, że nasz los został zapisany w momencie narodzin i cokolwiek byśmy robili, nie zdołamy tego zmienić. Przypomnę tutaj zacytowany w programie końcowy fragment powieści „Cujo”, bo on dobrze oddaje o co chodzi. „Być może nie byłoby od rzeczy podkreślić, że zawsze chciał być dobrym psem. Próbował robić wszystko, czego wymagali jego PAN, jego PANI, a przede wszystkim jego CHŁOPIEC. Gdyby zechcieli, zginąłby dla nich. Nigdy nie chciał nikogo zabić. Został ofiara losu, a może po prostu choroby…”. Koło fortuny obróciło się w ten sposób, że Cujo musi dostać wścieklizny, bo goniąc królika wpada do nory, w której nietoperz zarażony wścieklizną drapie go w nos. Chyba rzeczywiście źródło popularności Kinga leży w tym właśnie – pisarz pokazuje, że jesteśmy prowadzeni na niewidzialnej smyczy i żebyśmy nie wiem jak się wyrywali, to i tak spotka nas to, co jest nam przeznaczone. King maskuje swój strach próbując to obudować fabułą, uzasadnieniami, czasem w bardzo pomysłowy, barokowy sposób. Filmowcy maja wielką zasługę, że obrali go z tego baroku i dotarli do sedna. Tym sednem jest właściwy dla wielkiej i małej literatury wszystkich czasów obraz człowieka pozbawionego możliwości decydowania o czymkolwiek.

Paweł Ziemkiewicz:

– Czekaj, Krzysztof! Czy my Kinga nie przeceniamy z tej przyczyny, ze został nam narzucony przez mechanizmy reklamowe, które przecież znakomicie funkcjonują na Zachodzie? Tam z każdego można zrobić wszystko i nic. Facet trafił na sprzyjający układ, zainwestowali w niego, no i zaczęła go mielić maszynka reklamy. Nic na przykład nie wiemy o tym drugim pisarzu, Straubie, który nie może być taki zły, jeśli King dopuścił go do spółki i razem napisali „Talizman”, też podobno dobrą książkę.

Sokołowski:

– Nie sądzę, żeby Kin­ga stworzyła reklama. Przed debiutem napisał około 15 tysięcy stron. Odwalono mu najpierw sześć czy dziewięć powieści. Powieść „The Running Man” odrzucił sam Don Wollheim pisząc w recenzji wewnętrznej: „Wydawnictwo Ace Books nie jest zainteresowane utopiami negatywnymi”. King atakował cały układ wiele razy zanim mu się udało, przedtem zebrał sporo kopniaków i cierpkich słów. Mało kto ma taki drive, taki napęd, żeby tyle razy próbować. Ale później, gdy się już na nim poznali, przyniósł im takie dochody, jakich nie załatwi najwymyślniejsza reklama. A z kury znoszącej złote jajka nikt nie zrezygnuje.

Ziemkiewicz:

– Kiedy właśnie o to mi idzie. Jak mają gościa, który został kupiony przez rynek, to będą robić wszyst­ko, żeby sprzedać jego egzemplarzy jak najwięcej. I żeby on pisał jak najwięcej. I żeby to było chwalone niezależnie od poziomu.

Sokołowski:

– Właśnie, że nie dokładnie tak. Chcą go drukować ale boją się, żeby jego kolejny bestseller nie blokował powodzenia poprzednich. W latach siedemdziesiątych była w Stanach taka praktyka, żeby nie wydawać więcej niż jednego bestselleru jednego autora rocznie. Wychodzono tam z założenia, że należy czytelnika troszeczkę wygłodzić. Ale ze King miał tych książeczek mnóstwo, wymyślił wiec sobie pseudonim, Richard Bachman, żeby nie musieć czekać na druk do 2000 roku. No to o tym Bachmanie po debiucie krytyka napisała: „Tak mógłby pisać Stephen King gdyby w ogóle umiał pisać”. Widać z tego, ze on podbił rynek właściwie dwukrotnie. Sugestia, że pierwsze jego powieści były znakomite, a potem następuje zjazd w dół też nie jest prawdziwa. Niedawno przyjrzałem się jego książkom pod tym kątem i widzę, że ich poziom oscyluje wokół sinusoidy. To jest dziwny facet, pisze na takim drive jakby nie mógł przestać, nie odrywa się od maszyny i wszystko jest sprzedawane. Ale to jego zasługa i inności jego propozycji, nie reklamy.

Parowski:

– I jego losu, który wyciągnął na astrologicznej loterii. Przepraszam państwa, ale mam astrologicznego konika. King urodził się w 1947 roku, to znaczy w znaku chińskiej Świni. To jest znak ludzi, których życie bywa twórcze i owocne. Nie od razu to widać, ale po pewnym czasie systematyczne wysiłki sumują się im w duży sukces. Tak twierdza Chińczycy.

Ziemkiewicz:

– No to takim stwierdzeniem załatwiłeś Kinga.

Dyskutant II:

– Zgodziliśmy się, ze King jest zjawiskiem. A zjawiska w sztuce dzielimy na gwiazdy i meteory. Meteory szybko gasną, a gwiazdy, jeśli nawet udaje się czasem wylansować, to obalić ją już nie jest łatwo. I jeśli gwiazda naprawdę spodoba się publiczności, to zastępy krytyków – panów Krzysztofów i Maciejów – nic tu nie zmienia.

Sokołowski:

– Myślę, że to o czym teraz mówimy, musi w pewnym sensie dręczyć samego Kinga. W jego twórczości, w filmach także, pojawia się postać pisarza, który najpierw odnosi duży sukces, ale później nie jest go w stanie powtórzyć. Jack Torrance, czego się można domyślić z filmu „Shining”, jakieś tam książki popełnił, ale potem w wielkim, pustym hotelu pisze bez końca jedno wariackie zdanie. Podobną sytuację mamy w „Balladzie o celnym strzale”. Jest tam też mowa o Sylvii Plath, pisarce, która oszalała… I ona, i bohater opowiadania, są takimi literackimi meteorami, które zabłysły i zgasły. Może te postaci wyrażają istotną część strachu, który dręczy samego Kinga?

Parowski:

– Właściwie trochę trudno mi było uwierzyć w jego strach. W informatorze naszej imprezy jest śliczne zdjęcie – King uśmiechnięty, misiowaty, w basenie ze szczęśliwą rodzinką. Wokół żona, dzieci i synek, rozkoszne grubaski, cala piątka. Nikt tam nie ma siekiery w głowie ani w plecach. A przecież siedzi w tym basenie pisarz, który odniósł wielki suk­ces handlując grozą i szaleństwem. King w eseju znanym państwu z „Fantastyki” opowiada, ze nocą chowa nogi pod koc, bo inaczej jakaś kosmata łapa mogłaby go pochwycić. Na to już nie dam się nabrać, bo ja też nocż przykrywam stopy. Nie chce żeby mi zmarzły…

Ziemkiewicz:

– Maciek, u nich lepsze ogrzewanie.

Górska:

– Wręcz przeciwnie.

R.J. Szmidt:

– Chyba, że King śpi w ba­senie.

Parowski:

– No wiec nie potrafię ukryć, ze budziło i budzi moją podejrzliwość to rozkoszne zdjęcie rodzinne. Cały czas mam przed oczyma innych mistrzów horroru. Jak Lovecraft, który żył i pisał nocą, spał dniem, wyglądał jak gruźlik i w ogóle zachowywał się dziwnie. Jak Poe, który pił, rozrabiał i ożenił się z kuzynka. Jak Dick, który przegrał z narkotykami… Ale po tym co przed chwila powiedział Krzysztof, zacząłem rozumieć to zdjęcie trochę inaczej. Jest w nim dramatyczne napięcie, jak w kadrze z pierwszego kwadransa rasowego horroru. Chwilowo wszystko wygląda normalnie ale kto wie co jeszcze się zdarzy? Na miejscu pani King nie miałbym w oczach takiej pogodnej ufności. To jest ten metafizyczny suspens, to zawieszenie dotyczące pisarza: czy i kiedy wykreowane przezeń literackie szaleństwo dopadnie także jego samego?
Opracował Maciej Parowski


***Oczywiście jest tych filozofii więcej. Pominąłem poglądy religijne, na przykład chrześcijańskie. Przy czym zdaje się on godzić astrologię z marksizmem. Chrześcijaństwo mówi o przeznaczeniu, o danych nam przez Boga talentach, o znaczeniu Łaski lecz zarazem podkreśla konieczność osobistych zasług, rolę indywidualnych wysiłków i nasz wpływ na innych. Nawet jednak oglądana z takiego punktu widzenia filozofia astrologów wydaje się humanistyczna – wygrywającym odbiera cześć i dumę ze zwycięstwa, przegranym łagodzi gorycz porażki. Astrologia godzi nas z przeznaczeniem, z losem, zna­czy bowiem nasze życie wyższym sensem, którego charakteru nie możemy rozpoznać do koń­ca. W dodatku astrologia wygląda na filozofię w oczywisty sposób pluralistyczną, a więc zacną. Jest w nią przecież wpisany pogląd, że ludzie są i mają być różni.

mp
Aktualności ze światów Kinga
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: