Stephen King o "Grze Geralda", "1922" i bardzo dobrym roku 2017

Wywiad telefoniczny jakiego Stephen King udzielił dziennikarzowi portalu Vulture.

Przeżywamy prawdziwy boom jeśli chodzi o adaptacje twoich prac. Czy uważasz, że pokolenie, które wychowało się na twoich książkach, jest na nowo chętne przenosić je na ekran?
Nie wiem! To rodzaj burzy doskonałej, nieprawdaż? Wiele z tych rzeczy pojawiło się w tym samym czasie, ale nie uważam, że z jakiegoś szczególnego powodu. To tak jak rolnik, który miewa dobry rok. [Śmiech] W „1922”, Wilfred mówi: "W tym roku mieliśmy naprawdę dobry rok dla kukurydzy", więc ja też miałem naprawdę dobry rok dla kukurydzy. Istnieją też inne czynniki: Niektóre z ostatnich rzeczy odniosły sukces, na przykład mini serial „22.11.63” i chyba jeśli tak się dzieje, to niektórzy myślą sobie: "Jeśli X się udało, może Y również się uda". Chciałbym wierzyć, że chodzi o materiał, że ludzie widzą coś w tych opowieściach, coś co wizualnie byłoby interesujące.

Jak podobają ci się filmy takie jak „Gra Geralda” czy „1922”. Czy reżyserzy czasami pytają cię o radę?
To nie moja rola. Uwielbiam filmy. To wszystko co mogę ci powiedzieć. Uwielbiam je! Nawet najgorszy film jaki widziałem był świetny. Jeśli chodzi o mnie, jeśli ktoś chce zrobić film [na podstawie moich opowieści], jestem za i zawsze jestem zainteresowany, co z tego wyjdzie, co wymyślą. Przy „1922” byłem trochę zaskoczony, że ktoś chciał z tego zrobić film. Byłem zadowolony z wyzwania i chciałem zobaczyć, co z tego wyniknie. I wiesz co? „1922” przypomniał mi film „Aż poleje się krew”. Jest pokazany w podobnym stylu, wyzutym z uczuć, więc doskonale nadawał się na film pełen suspensu, film, który nie  chce wyjść z mojej głowy. Ma swego rodzaju jadowity efekt, niektóre sceny są tak dobre, że po prostu pozostają w głowie.

No i są w nich soczyste postacie. Co sądzisz o Carli i Brucie w „Grze Geralda”?
Miałem możliwość akceptacji obsady i zrobiłem to bez chwili wahania. Oczywiście znałem ich pracę. Bruce Greenwood pracował przez jakiś czas przy musicalu „Ghost Brothers of Darkland County” i bardzo żałuję, że w „Grze Geralda” nie miał okazji śpiewać, bo ma świetny głos. Nie musiałem się nad tym zastanawiać. Scenariusz rozłożył książkę na części i wydobył z niej sedno historii w sposób, który uważam że doskonały.

Nie pisałeś tych opowieści pod konkretnych aktorów, więc jak to jest gdy inni ludzie ożywiają twoich bohaterów? Kto, według ciebie, najlepiej z tym sobie poradził?
Carla w „Grze Geralda” to doskonały przykład. Doskonale rozumiała postać i szczerze mówiąc zagrała diablo dobrze. Kiedy już zdecydowała się, że chce to zrobić, po prostu poszła po bandzie. Fantastyczna robota. Mówiłem o tym już wcześniej, ale Jack Nicholson w „Lśnieniu” nie za bardzo. River Phoenix w „Stand by me” był niesamowity, Kathy Bates w „Misery” odwaliła świetną robotę, no i Tom Jane w „1922” też. Prawdziwy twardogłowy w stylu „zrobię wszystko aby zachować ziemię”. Jest świetny. 

Jesteś znany ze swojego uprzejmego stosunku do adaptacji. Kilka lat temu powiedziałeś Rolling Stone: „Filmy nigdy nie były dla mnie wielkim problemem. Filmy to filmy. Po prostu je tworzą. Jeśli są dobre, to jest wspaniałe. Jeśli nie, to nie”. Czy zawsze tak uważałeś?
Nigdy nie miałem z tym problemu, nawet zaczynając od „Carrie”. Chociaż w przypadku „Carrie” myślałem tylko: „Oni zrobią ten film. Jeśli to się uda to pomoże mi robić to co robię, czyli pisać książki”. Kiedy byłem w college'u, przeczytałem wywiad z Jamesem M. Cainem, który napisał „Listonosz dzwoni dwa razy” i „Double Indemnity” oraz „Mildred Pierce” i utkwiło mi to w pamięci. Wywiad miał miejsce pod koniec życia i reporter powiedział: „Filmami zrujnowali twoje książki”, a Cain pokręcił głową i odwrócił się, prawdopodobnie w stronę swojej biblioteczki i powiedział: „Nie, nie wszystkie są na swoim miejscu”. W pewnym sensie książka jest nietykalna.

Hemingway powiedział, że najlepszą rzeczą, która może się zdarzyć dla pisarza jest to, że zapłacą kupę pieniędzy, ale nigdy nie robią tego filmu. Nigdy tak nie czułem, zawsze z niecierpliwością czekam, żeby zobaczyć co z tego wyjdzie. Czasami się udaje, a czasami dostajesz filmy w stylu sequeli „Dzieci kukurydzy”. Przeżyłem to już wiele razy, w sensie przykładowo przy „Grze Geralda” czy „1922” łatwo powiedzieć „trudno będzie zrobić z tego film”, ale to samo czułem przy „Cujo”, a zrobili świetną robotę, więc nigdy nie wiadomo co z tego wyjdzie. Nastawnie musi być inne „Będę się zaangażować, jeśli będziesz chciał, abym się angażował i będę miał kontrolę nad tym, kto będzie w obsadzie i kto napisze scenariusz. Z chęcią to zrobię, ale musisz wiedzieć, że w 90 procentach przypadków powiem jest dobrze, idź dalej”.

Myślę, że moje luźne nastawienie (laissez-faire) wychodzi od: a) powodzi mi się finansowo, więc mogę sobie pozwolić na ryzyko i b) literacko byłem dość płodny, więc nie czuję się z tego powodu zdenerwowany. Na przykład taki William Peter Blatty, kiedy Friedkin zrobił „Egzorcystę”: to było jego dziecko, więc to było prawdopodobnie niezwykle ważne wydarzenie w jego życiu. Tak samo z Ira Levinem, który napisał „Dziecko Rosemary”. Był genialny, ale napisał tylko cztery powieści, więc kiedy Polański chciał zrobić „Dziecko Rosemary”, Levin uparł się, aby ekranizacja była wierna oryginałowi tak bardzo, że postać, którą grał John Cassavetes musiała mieć koszulę jak w książce. Nie jestem takim facetem, po prostu nie. 
Według mnie wygląda to tak: „Jeśli masz zamiar wprowadzić zmiany, miejmy nadzieję, że zadziałają”. Są zmiany w „To”, które działają bardzo dobrze, a w „Panu Mercedesie”,  który puszczany jest teraz w telewizji, jest sporo rewelacyjnych zmian. Czasami jednak zmienia się coś i to nie działa, i zawsze kiedy tak się dzieje jest mi przykro

Czy są jakieś prawidłowości, do których doszedłeś, a które prowadzą do dobrych adaptacji twojej twórczości?
Wydaje mi się, że czasami, gdy ludzie kupują książkę, chcą pewnego wydarzenia, a potem budują wokół niego cały film. To tak, jakby kupować silos rakietowy, a później wstawiać do niego własną rakietę: czasami zadziała, a czasami wybucha. Często myślę, że jeśli filmowcy trzymają się mojej historii to lepiej na tym wychodzą. Może jest to trochę egocentryczne, ale tak uważam. Jeśli chodzi o „Grę Geralda” i „1922”, to trzymają się dość blisko moich historii.

Jak to jest kiedy patrzysz na swoje starsze powieści, takie jak „Gra Geralda” i „To”, które zostają przeniesione w bardziej aktualne czasy?
W przypadku „To” sensownym było wziąć pomysł z powieści, tę dwudziestoletnią przerwę pomiędzy czasami dzieci i dorosłych, i przenieść je do przodu, tak abyśmy mogli zobaczyć dorosłych w drugiej części, mniej więcej w naszych czasach. Nie dokładnie w naszych, ale dość blisko. Jeśli o mnie chodzi to historia z „Gry Geralda” jest aktualna bez względu na to, czy została opublikowana na początku lat 90-tych czy nakręcona teraz. Temat książki - tłumione wspomnienia i sposób traktowania kobiet i ich nadużycia wobec nich - są dziś ważne i wciąż istnieje wiele problemów, które mają związek z tym, jak społeczeństwo traktuje kobiety. To znaczy, że nie możesz już bardziej jej upodmiotowić niż zakuwając w kajdanki, prawda?

Sądzę, że w wyniku sukcesu „To” może powrócić zainteresowanie niektórymi adaptacjami twojej prozy. Wiadomo, że reżyserzy tacy jak Ben Affleck i Josh Boone kręcili się wokół „Bastionu”, no i słyszałem, że „Bezsenność” mogłaby zostać zekranizowana jako serial VR. Jakieś wiadomości w tych tematach?
Nigdy nie wiadomo, dopóki się nie zdarzy, ale serial VR to odległy temat. Nie sądzę, aby był martwy czy coś takiego, ale ostatnio o nim nie słyszałem. Rozmawiamy też o innej rzeczy, filmie animowanym, ale nie mogę ci nic powiedzieć nic więcej - to tajemnica. Ale to się może wydarzyć. Rozmawiałem też o „Bastionie” jako serialu prawdopodobnie dla Showtime lub CBS, no i było zainteresowanie nową kinową ekranizacją „Miasteczka Salem”, prawdopodobnie dlatego, że ludzie uważają, że „skoro udało się z takim sukcesem przenieść mini serial ‘To’, to może zrobimy podobnie z czymś innym”. 

Jesteśmy już po premierze filmu „Mroczna Wieża”, filmu, który był tak długo w produkcji, a który nie do końca zadziałał. Jakie to było wyzwanie?
Największym wyzwaniem było zrobienie filmu opartego na serii książkach, które są naprawdę długie, około 3000 stron. Drugą częścią była decyzja o kategorii wiekowej PG-13 dla ekranizacji książek, które są pełne agresji i  przemocy. To było coś, co trzeba było przezwyciężyć, chociaż muszę powiedzieć, moim zdaniem, Akiva Goldsman zrobił świetną robotę wyciągając środkową część książki i przekształcając ją w to, co uważam za całkiem dobry film. Serial telewizyjny, którą teraz rozwijają ... zobaczymy, co się z tym stanie. To byłoby jak zrestartowanie komputera, więc musimy poczekać.

Jak długo twoje historie pozostają z tobą po ich zakończeniu?
Dbam o nie wszystkie. O większość dbam bardziej jak o książki niż filmy. W swoim sercu mam sporo miejsca dla mini serialu „Sztorm stulecia”, bo uważam że wszystko dobrze tam zagrało – to był projekt marzeń. Jest jeszcze jeden bliski mi mini serial, który zrobiłem, „Złote lata”, no i książki takie jak „Historia Lisey”, „Dallas ‘63” i „Pod kopułą”, które wiele dla mnie znaczą, bo pamiętam że pisałem je jakby w transie, uważając, że nic nie może pójść źle. Wszystkie trzymam blisko więc jeśli ktoś zapyta mnie o jakąś postać czy wydarzenie, to nie będę w sytuacji – a założę się, ze James Patterson byłby w takiej sytuacji – że musiałbym powiedzieć „O jejku, nie pamiętam. To było dawno temu”. Pamiętam je wszystkie. Są moimi przyjaciółmi a niektóre z nich są moimi kochankami, jeśli wiesz o co mi chodzi.
Wywiad ukazał się na stornie Vulture.
 
Aktualności ze światów Kinga
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: