"Śpiące królewny", czyli Mars kontra Wenus

Niektórzy ojcowie zabierają swoich synów na ryby, inni grają z nimi w piłkę. Jak opowiadał Owen King, jego ojciec zachęcał swoje dzieci do rozwijania wyobraźni. W dzieciństwie często wspólnie tworzyli historie, co miało polegać na tym, że jeden z nich zaczynał ją mówiąc jedno zdanie, a następnie kolejna osoba przejmowała historię dopowiadając kolejne zdanie i tak dalej. Kilkadziesiąt lat później taka zabawa doprowadziła do historii o końcu świata i wojnie płci. King senior słynie z powieści, w których rozwinięte zostaje krótkie pytanie: „Co by było gdyby?” Co by było, gdyby rodzina została uwięziona w złym hotelu? Co by było, gdyby psychopatyczna fanka znalazła swojego ulubionego pisarza rannego? W końcu, co by było, gdyby wszystkie kobiety na świecie zasnęły? To proste pytanie King przeradza w swoisty manifest feministyczny, swoją kolejną powieść, w której to kobiety, choć nie są głównymi postaciami, bo przecież śpią, to są najważniejsze. Czy mężczyźni są w stanie wpasować się w taką tematykę? To zależy od podejścia, bo przecież nie trzeba pisać o świecie kobiet – wystarczy napisać o świecie mężczyzn, bez kobiet, a sprawa okaże się dużo prostsza i… bardziej mroczna.

W tym miejscu oddajmy honory Owenowi Kingowi, który jako pisarz ma na swoim koncie zbiór opowiadań „Jesteśmy w tym wszyscy razem” oraz powieść „Double Feature”, bo to on zadał to kluczowe pytanie, które posłużyło za punkt zapalny fabuły. Co więcej, chciał oddać ten pomysł ojcu, ale ten się nie zgodził, stwierdził, że razem mogą stworzyć… serial telewizyjny. Stephen napisał scenariusz pilota, Owen pracował nad kolejnymi odcinkami, ale okazało się, że format telewizyjny nie sprawdzi się, bo chciał bardziej skupić się na postaciach, a odcinki serialu nie pozwoliłyby na odpowiednie przedstawienie niemal 70 bohaterów, które obaj stworzyli na potrzeby fabuły. I tak rozpoczęli pracę nad wspólną powieścią, pracę, która trwała dwa lata.

DOOLING, MAŁE MIASTECZKO W APPALACHACH, w którego okolicy znajduje się więzienie dla kobiet. Małe miasteczko, w którym niewiele się dzieje, a jego mieszkańcy mają przyziemne problemy. Rankiem, pierwszego dnia z pobliskiego lasu wyłania się naga kobieta, a w tym samym czasie radio i telewizja donosi, że w Australii kobiety, które usnęły już się nie obudziły. Informacje te toną w potoku innych doniesień i mało kto zwraca na nie uwagę. Cisza w miasteczku przerwana zostaje przez eksplozję wytwórni metamfetaminy, w pobliżu której nasza tajemnicza kobieta zamordowała dwóch dilerów. Jak szybko się okazuje choroba snu, nazwaną Aurorą na cześć jednej z księżniczek Disneya, nie jest sprawą lokalną Australii, ale całego świata - niczym magiczne zaklęcie sprawia, że śpiące kobiety osnuwają się tajemniczym kokonem.

Niemal połowa powieści opowiada o pierwszych 24 godzinach rozprzestrzeniania się Aurory oraz posłużyła za wprowadzenie ogromnej ilości postaci, mieszkańców Dooling, których listę możemy przejrzeć na początku powieści. I tak poznajemy Clinta Norcrossa, więziennego psychiatrę i jego żonę, Lilę, która w mieście pełni funkcje szeryfa. To ona zatrzymuję Evie Black i przezornie oddaje ją pod opiekę psychiatryczną męża. Poznajemy też więźniarki i strażników w więzieniu, których relacje na pierwszy rzut oka przypominają te znane z serialu „Orange is the New Black”, jednak tylko powierzchownie. Są też inni mieszkańcy miasta, uczniowie szkoły, policjanci, lokalny sędzia, barman miejskiego pubu, handlarz bronią i młoda dziennikarka robiąca karierę w wielkim mieście. Wszyscy mają swoją historię, rodziny, córki i matki, które poznajemy przewracając kolejne strony powieści. A tajemnicza Evie, niczym Andre Linoge w „Sztormie stulecia”, wystawi całe to miasteczko na próbę.
Wspólne pisanie książek uznawane jest za trudne. Nie chodzi tu o sytuacje, w której jedna osoba nakreśla fabułę, a druga przejmuje pomysł i wypełnia luki, tylko o prawdziwie wspólną pracę twórczą. Stephen King wraz z młodszym synem Owenem wyszli z tego zadania obronną ręką, a ich powieść można uznać za równie udaną co „Dobry omen” Terry’ego Pratcheta i Neila Gaimana. Nie będę się zastanawiał jak naprawdę wyglądała ich współpraca czy zgadywał, który z nich grał pierwsze skrzypce. Uwierzę na słowo, że pisali na zmianę pozostawiając luki w swoich fragmentach drugiemu, a potem jeszcze raz przepisywali całe akapity, aby jak najbardziej zamazać charakterystyczne elementy, tworząc tym samym hybrydę dwóch Kingów. Do tego dziwnego konstruktu Stephen King wniósł swoją umiejętność budowy i eskalacji napięcia oraz wprowadzania mroku do życia i serc swoich postaci. Owen dodał do tego swój młodzieńczy wigor i umiejętne przenikanie w fabule różnych gatunków literackich. W rezultacie dostaliśmy dość prostą historię ze skomplikowanymi, wielowymiarowymi postaciami, takimi jak zakochane więźniarki, które bronią się przed zaśnięciem, miejskiego hycla ze skłonnościami do przemocy, ale bezgranicznie oddanego swojej córce, czy małżeństwo na progu rozpadu związku z powodu braku… wspólnej rozmowy. Kingom udało się coś niezwykłego, coś co można uznać za niestandardowe. Bowiem, żaden z głównych bohaterów czy bohaterek powieści nie może zostać uznany za postać krystalicznie dobrą czy całkowicie złą. W przeciwieństwo do głównych bohaterów chociażby „Pod kopułą”, gdzie Barbie był dobry, a Jim Rennie był zły, tutaj każdy ma swoje przywary, tajemnice i motywację, które czynią go… człowiekiem. Oczywiście zdarzają się jednostki, które przedstawiane są jednowymiarowo, jednak pełnią jedynie rolę narzędzia i tła fabuły.

CZAS MIJA, KONIEC JEST BLISKI. W miarę jak słońce przesuwa się po niebie i zachodzi w kolejnych strefach czasowych, świat pogrąża się w chaosie. Teraz już wszędzie na świecie mówi się o kobietach, które zasypiają niczym królewny. Niektóre próbują walczyć ze zmęczeniem chwytając się różnych sztuczek, od mocnej kawy, napojów energetycznych, a kończąc na narkotykach, które może sprawdzają się dobrze, ale ile można wytrzymać bez snu? Każda kobieta w końcu zaśnie, a mężczyźni pozostawieni sami sobie robią to co umieją najlepiej: piją, wariują, kłócą się… Sprawę komplikuje jeszcze fakt, że każda próba obudzenia kobiety poprzez naruszenie kokonu sprawia, że przebudzona wpada w morderczy szał – zabija każdego w swoim zasięgu i wraca do krainy snu lub… sama zostaje zabita. Niektórzy uważają, że Aurora to kara boska za feminizm. Inni uważają, że bez kobiet świat skończy się jeszcze zanim wszyscy mężczyźni wymrą z przyczyn naturalnych. Kobiety porównane zostają do pracowników kopalnianych, tzw. kulisów, których zadanie polegało na schładzaniu maszyn i pilnowaniu, aby się nie przegrzały. Jeden z bohaterów książki mówi: „(…) kobiety spełniały podobną rolę w dziejach ludzkości, powstrzymywały mężczyzn, kiedy to możliwe, przed najgorszymi, najbardziej odrażającymi czynami (…) Teraz jednak ci kulisi odeszli albo wkrótce odejdą. Ile czasu minie, zanim mężczyźni, którzy wkrótce będą jedyną płcią na Ziemi, rzucą się na siebie z pistoletami, bombami, bronią jądrową?  Ile czasu minie, zanim maszyneria się przegrzeje i wyleci w powietrze?

Według Kingów, nie potrzeba na to wiele czasu. W dobie mediów społecznościowych wystarczy jeden fake news, aby na całym świecie powstały grupy mężczyzn, które palą śpiące w kokonach kobiety, uważając, że to może pomóc pozostałym. Na nic zdają się dementi, bo gdy informacja pójdzie w eter, machina chaosu pójdzie w ruch, nic już jej nie zatrzyma.
EVIE BLACK NIE JEST ZWYKŁĄ KOBIETĄ, a Dooling szybko staje się najważniejszym miejscem epidemii, punktem zero, miastem-kluczem, które zdecyduje o losie świata. Tyle, że nikt z zewnątrz o tym nie wie, bo wszystkie inne miasta zajmują się swoimi problemami, a Evie pragnie, aby Dooling zostało odseparowane od reszty świata. Czarny Anioł, jak o Evie mówi Clint, po zaśnięciu nie okrywa się kokonem, a co więcej może porozumiewać się ze zwierzętami i wydawać im polecenia. Ponadto wie wszystko o wszystkich, których spotyka, zna ich największe tajemnice, ich charaktery, wady, zalety i wykorzystuje to wszystko aby przekonać Norcrossa, aby stał się pionkiem w grze, której zasad nie do końca rozumie. Evie daje mu zadanie: ma ją chronić przez kilka dni, a wtedy kobiety będą mogły zdecydować czy chcą wrócić do świata mężczyzn. „Idź, tocz swoją wojnę, Clint. To jedno, co mężczyźni potrafią. Spraw, żebym zobaczyła następny zachód słońca”. Evie daje nadzieję, ale żadnych wyjaśnień. Czy powinien jej uwierzyć stawiając na szali życie swoje i innych obecnych w więzieniu?

W tym samym czasie w mieście krążą plotki o niezwykłej kobiecie, która jest odporna na Aurorę, która może być kluczem do wyleczenia innych kobiet. Frank Geary, który do tej pory zajmował się w Dooling chwytaniem bezpańskich zwierząt, zbiera wokół siebie grupę mężczyzn gotowych zrobić to co mężczyźni potrafią najlepiej: siłą dopiąć swego. Frank jest tak samo mężczyzną jak Clint. Ma uczucia i popełnił w życiu wiele błędów. Nie jest złym człowiekiem, jest tylko człowiekiem, tylko mężczyzną. A do tego najbardziej w życiu kocha swoją córkę, która śpi w kokonie ułożona na kanapie w piwnicy jego domu, a Frank zrobi wszystko, nie cofnie się przed niczym, aby bezpiecznie ją obudzić.

Clint nie jest „tym dobrym”, Frank nie jest „tym złym”. Obaj stają naprzeciw siebie, a brak wzajemnego zaufania, brak komunikacji i wiary, że ten drugi ZROZUMIE, sprawiają, że obie grupy staną do krwawej, pełnej przemocy konfrontacji. Tacy, według Kingów, są mężczyźni. Tak według kingów wyglądałby świat bez kobiet - nieciekawie!

A jakie według Kingów są kobiety?
I tu niespodzianka, bo nie są idealnymi królewnami bez skazy. Mają „swoje za uszami”, potrafią odgryźć się mężczyznom, ale według autorów, jest tak tylko dlatego, że nauczyły się tego od mężczyzn. Według nich, kobiety z natury są dobre, a jeśli już dopuszczają się czegoś złego to dlatego, że mężczyzna je do tego namówił. To wąż (rodzaj męski) namówił Ewę do zjedzenia jabłka z zakazanego ogrodu. To mąż skłonił Jeanette do brania narkotyków („Mężczyźni tracą, kobiety płacą.”), to Clint miał tajemnice przed Lilą, a to skłoniło ją do podejrzliwości. Kingowie idą jednak jeszcze dalej. Bo kobiety, które śpią w kokonach nie są martwe, one wszystkie przenoszą się do innego Dooling, miasta po drugiej stronie Drzewa Matki, z którego pierwszego dnia wyszła Evie. Miasta bez mężczyzn. Po drugiej stronie kobiety radzą sobie całkiem nieźle. Ich otoczenie wygląda jak „świat, który poszedł naprzód”, jest zniszczone jakby przez czas, zwietrzałe, popękane, ale one… są szczęśliwe. Brakuje im synów, a niektórym brakuje mężów. Układają sobie życie i pomimo, że w świecie mężczyzn mijają godziny i dni, w ich świecie mijają tygodnie i miesiące.

Kingowie mnożą kolejne przykłady i argumenty na poparcie swojej tezy. My jako czytelnicy możemy się z nimi zgadzać lub nie, ale i tak brniemy dalej w tę historię, bo ciekawi nas jej koniec. Relacje między kobietami a mężczyznami najlepiej opisuje sama Evie: „Moglibyśmy to ciągnąć w nieskończoność. On powiedział, ona powiedziała. Ta sama śpiewka od zarania dziejów”. Nigdy do końca się nie dogadają. Czy przekonają was do swojej racji? Nie wiem, ale na pewno próbują w udany sposób. Pod koniec powieści jedna z postaci zastanawia się „Co to wszystko znaczy? Jaki jest tego sens?”. Niestety, doczytując do końca, nie otrzymujemy jasnej odpowiedzi ani wyjaśnienia. Jak to w życiu, wiele pytań zostaje bez odpowiedzi, a życie musi toczyć się dalej i tak też postępują nasi ludzcy bohaterowie.  

„Śpiące królewny” to książka z ambicjami, jednak jej rozmach nieco rozmazuje i zbyt mocno polaryzuje przesłanie. Nie przeszkadza to jednak w czerpaniu przyjemności z czytania i poznawania świata stworzonego przez ojca i syna. Świata pełnego wzruszających scen, efektownych wydarzeń i prawdziwych postaci.
 
Aktualności ze światów Kinga
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: