Kto tu jest potworem, a kto jest doktorem? Czyli 1/3 Kinga

1. KRÓL STEFAN I

Stephen King trzyma się nieźle. Nawet lepiej, niż trzymał się, kiedy po raz ostatni mierzyłem mu gorączkę. Karierę owszem, miał w kratkę i do szkoły czasami ostro pod górkę, ale nigdy się nie skarżył i można powiedzieć, że w końcu wyszedł na ludzi.

Chociaż niektórzy ciągle mają do niego żal, że wyszedł na ludzi, bo tylko straszy ludzi. To znaczy wszyscy wiedzą, że straszy, ale nie wszyscy zgłaszają o to pretensję. Ci, którzy nie zgłaszają uznają konieczność „naukowych badań”. Trudno się temu dziwić, bo jeśli coś atakuje ludzkość z siłą komety aż chce się napisać wzór na to „coś”, na to gdzie uderzy, kiedy, dlaczego i jak dalece niszczące będzie miało skutki.

Według moich prywatnych szacunków to mniejsza połowa zainteresowanych interesuje się tym wszystkim, co u Kinga nie jest strachem. Stąd, choć przecież nie czytamy brukowców, znamy dokładnie szczegóły pożycia jego rodziny uprzedniej i bieżącej, wszystkie możliwe statusy, łącznie z emocjonalnymi i finansowymi obu, a także plany pewnej biblioteki i pewnej pralni. Wiemy, co King sądzi o feminizmie: w zasadzie jest za, a w każdym razie nie na tyle przeciw, żeby się zbytnio narazić, oraz o stylu prowadzenia amerykańskich kierowców: nie powinni wozić ze sobą rottweilerów. Wyłania się z tego obrazek tak śliczny, że aż mdli: biedny się dorobił, dziedziczny pijak przestał pić, jego feministki są śliczne chociaż noszą peruki, jego zwolennicy Pro Life biją żony, a kiedy siedzisz za kółkiem, patrz przed siebie, nie za siebie. Gość pisze o tym jak potrafi, więc można nawet przyznać mu nagrodę, prawie jest za co.

Większa połowa specjalistów nie zamyka oczu na większą połowę Kinga. Definiuje strach, jakby można go było zdefiniować. Rozbiera strach na czynniki, które uważa za pierwsze. Analizuje dogłębnie znaczenia i wzajemne stosunki między „horror” i „terror” i to, czy wampir uśmiecha się (jeszcze) czy (już) się szczerzy. Co panią / pana bardziej przeraża: kły, szpony czy kopytka? Wycia czy jęki? Czy strach / przerażenie wyłażące spod ziemi jest straszniejsze / bardziej przerażające niż strach / przerażenie spadające z nieba? Test wyboru ma wytłumaczyć nie tylko to, dlaczego pisarz pisze (bo się w dzieciństwie przestraszył) ale także to, dlaczego ludzie chcą go czytać (kto z nas się w dzieciństwie nie przestraszył?).

I w dorosłym strach obudzi fakt, że te wysiłki są swej masie uczciwe i – co osobiście uznaję za gorsze – nawet uzasadnione. Wobec manifestacji potęgi żywiołów wszyscy stajemy bezradni, każde drapnięcie powierzchni tej tajemnicy jest więc zjawiskiem, że tak powiem, pozytywnym; kto wie, kiedy spod warstwy zaschniętej gliny błyśnie złoto samorodka?

2. NA CO PATRZYMY, CZEGO SIĘ BOIMY

Śmiech jest bronią bezbronnych, dlatego do tej pory się śmiałem. Ale bezbronnemu jest i pozostaje głupio. Wieściłem wieczne panowanie Króla, Król panuje, licząc od tamtej chwili, praktycznie wiecznie, nie zauważyć tego to jawny nonsens. Jawnym nonsensem byłaby też próba dowodzenia, że nie straszy i że nie czerpie obiema garściami z tak zwanych życiowych doświadczeń. Tylko… co dalej?

Pomysł na wyjaśnienie, czy boimy się czytając Kinga i jeśli się boimy, to czego, wziął się ze wspomnienia sprzed lat, mniej więcej tak starego jak mój pierwszy tekst o Kingu. Córkę, wówczas jeszcze małe dziecko, zabrałem na prześliczny skądinąd, a niedoceniony film „Elfy z krainy czarów”. W tych odległych już niestety czasach jeśli się uznało, że dziecko nie powinno czegoś zobaczyć, to mu się zasłaniało oczy bez niebezpieczeństwa ubiczowania w TVN24. Więc zasłoniłem. Zasłoniłem jej oczy, kiedy na ekranie pojawił się przerażający człowiek: żołnierz z obrzydliwie zniekształconą od rany twarzą. I zaraz się zawstydziłem, bo córka wcale nie przestraszyła się tego żołnierza, a on okazał się być, w pełnej zgodzie z image filmowego bohatera, „dobry”. I ekranowa, nieco od niej starsza dziewczynka też się go nie przestraszyła. Za to ja, owszem.

Dzieci mają zwyczaj pytać dorosłych opiekunów, przed filmem, w trakcie lektury na dobranoc, w cyrku na widok klauna: czy bohater jest dobry, czy bohater jest zły. Same nie mają kryteriów oceny. Odpowiadamy, porządkując im wyobrażony świat. My jesteśmy ci mądrzy, a przynajmniej ci bardziej doświadczeni. Nic dziwnego, że sądy mojej córki i moje tak się rozjechały, prawda?

A przy okazji – czy nie było przypadkiem tak, że na potwora Frankensteina bez obrzydzenia reagowali wyłącznie ślepiec i dziecko? Ale potwór był tak malowniczo upiorny, że ślepca tłumaczyliśmy kalectwem, choć w sztuce, w tym literaturze, ślepota kalectwem nie jest, a dziecko dobrocią równą jakże beznadziejnie świętej bezmyślności.

3. DRUGA STRONA WZGÓRZA

Panuje powszechne przekonanie, że boimy się nieznanego. Czyżby? Kiedy się tego nauczyliśmy? I jakim cudem nauczyliśmy się czegokolwiek; gdyby dziecko bało się wszystkiego, co mu nieznane, bałoby się tak, że nie miałoby szansy wkroczyć w dorosłość, bo wcześniej umarłoby ze strachu. Tymczasem dziewczynka spotyka potwora na progu rodzinnego domu i nie wpada w panikę. Dziewczynka w pociągu rozmawia z żołnierzem, który lewy profil ma normalny, a prawy zeszpecony raną.

Jeśli rzeczywiście boimy się nieznanego, to jest to strach nabyty. Podobno tam trawa jest zieleńsza… o naiwni, którzy w to wierzą. Po drugiej stronie wzgórza szaleją potwory. Ubi sunt leones. Są tacy, którzy regularnie wędrują na drugą stronę; ci mają dobrze – po tej stronie boją cię tego, co po tamtej i po tamtej nie mają już czego się bać. Ale co się dzieje z tymi, do których druga strona wzgórza przychodzi sama? Kiedy nieznane atakuje, ciągle będąc nieznanym?

4. 1/3 KINGA

Tam, gdzie w Kingu mamy prawdziwego Kinga – w 1/3 Kinga – nie mamy doktorów, uzurpujących sobie boskie moce, naukowców przekraczających granice, podróżników odkrywających nowe lądy i kontynenty. U Kinga mamy zdumiewająco mało potocznej literackości, rozumianej jako rozbudowane wyrażenie metaforyczne. Druga strona zbocza ujawnia się w sposób tak konwencjonalny, jak to tylko możliwe i do diabła z tymi, których bystry wzrok wyczulony jest na karykaturę. Widmowy Nazgul opuszcza nawiedzony, ale już na szczęście walący się hotel, złem spod ziemi emanuje… statek kosmiczny, nawet „To” ma żenująco fantastyczno-naukowy rodowód, choć próbuje udawać Szelobę. Nasycenie Kinga konwencjonalnymi wampirami i wilkołakami może wręcz skłaniać do kwestionowania zasad dobrego smaku, póki nie przypomnimy sobie, że do Lewisa za koegzystencję gadających bobrów z mniej, ale jednak gadającymi, jakże konwencjonalnymi centaurami i innymi satyrami pretensje miał Tolkien. Pretensje mogli mieć do niego i czytelnicy, każdemu wolno, ale nikt, na litość boską, nie ośmielił się kwestionować siły literackiej tradycji! Może dlatego, że ta strona wzgórza u Lewisa ogranicza się do atrapy szafy, a także atrapy metra i podwórka przed atrapą domu mającego w sobie tyle realizmu, że można w nim wybić okno atrapą piłki do krykieta, podczas gdy u Kinga istnieje w całej swej okazałości. Wydaje się to o tyle dziwne, że w opisywanych przez Lewisa czasach pionierska technika próbowała usilnie, acz nieskutecznie, zrównać z ziemią Londyn, a w czasach Kinga nie dzieje się nic.

No właśnie, czy zwykłe, normalne życie można nazwać „niczym”. Sam fakt, że istnieje, już różni banał od „niczego”. Sam fakt, że się toczy przy naszym udziale czyni je właśnie… nieznanym.

5. CO JEST, BYŁO. CO BYŁO, BĘDZIE.

Nie uciekajmy od banału, to się nie da zrobić. Po co Carrie telekineza, jeśli nie po to, by mogła odreagować nieszczęście życie pod jednym dachem z władczą matką, szaloną religijną fundamentalistką, oraz szkolne prześladowania w tym szczególnie zbanalizowanym przez literaturę okresie życia, jakim jest dojrzewanie? Czy ktoś tu widzi coś oryginalnego? Ja nie. Jak szkolne prześladowania dorastających dziewcząt, tak telekineza należy do tych zjawisk paranormalnych, którym zdecydowanie brakuje oryginalności. Po sześciu latach podobny temat powróci, tylko postawiony na głowie: kochający tatuś będzie z poświęceniem bronił córeczki, obdarzonej wyzwalającym talentem pirokinezy. „Carrie” (1974) jest próbą przekroczenia granicy krainy powieści obyczajowej, „Firestarter” (1980) podobną próbą thrillera, lecz co King przedstawia na granicy udając, że to ważna wiza w ważnym paszporcie? Jakiś szpargał, prymitywne fałszerstwo. Doprawdy, uruchamiać takie moce, by przedstawić problemy nieśmiałej dojrzewającej dziewczynki w pierwszym przypadku, a immanentne zło rządowej agencji wywiadowczej w drugim… toż to żenujące. Zaraz, jakie moce? Nie wysilił się przecież na oryginalność nawet w tej, aż proszącej się o oryginalność, dziedzinie.

Nawet średnia objętość obu książek doskonale mieści się w granicy średniej. W granicach średniej nie mieści się tylko, powiedzmy to sobie od razu, popularność.

Nie, takie zbieżności nie są bynajmniej przypadkowe, a wytykanie ich nie jest mojej strony przesadną złośliwością. Tuż po Carrie, już w 1975 roku, cieszący się powodzeniem pisarz odreagowuje śmierć żony zmagając się z… wampirami – którym daleko do demonicznego lecz cierpiącego Draculi – zasiedlającymi nawiedzony dom. W zmaganiach pomaga mu, no, proszę zgadywać… nie, to za łatwe. W zmaganiach pomaga mu mianowicie dorastający chłopiec, który musiał wyrobić w sobie odruch walki w zmaganiach ze… szkolnym okrucieństwem rówieśników. Po zaledwie dwóch latach („Shining, 1977) inny pisarz, pisarz na granicy powodzenia, a póki co nauczyciel, zmagający się z dziedzicznym alkoholizmem, przegra walkę z… nawiedzonym domem. Nieco większym co prawda, położonym, jakby to miało jakieś znaczenie, w bardziej malowniczym otoczeniu i zasiedlonym przez upiory przyszłości przybierające formę demonicznego ptaka (takie skrzyżowanie Nazgula z Rodanem), poza tymi ozdobnikami wszystko jest jednak jak być powinno, nawet to, że próbuje uregulować stosunki z żoną przy pomocy siekiery.

W 1986 roku równie ten sam pisarz podejmie walkę z upiorami dzieciństwa, oscylującymi kształtem między klownem a Szelobą, przy okazji… ratując życie ukochanej żonie (It, 1986). W 1987 roku cieszący się ogromnym powodzeniem, ale niespełniony pisarz podejmie walkę z upiorem własnej popularności; tu przynajmniej mamy do czynienia z odstępstwem od normy, bowiem element grozy jest najzupełniej cielesny (Misery, 1987). Może dlatego, i z powodu nieco większej popularności filmu (dyskretnie wprowadzającego element nadnaturalny) w dwa lata później („The Dark Half”, 1989) nadnaturalność jest już lepiej widoczna, a po kolejnych siedmiu (Desperation, 1996) nawet bardzo dobrze widoczna: starzejący się pisarz, cieszący się ogromną popularnością, walczy aż z miasteczkiem i gigantyczną kopalnią, nawiedzoną przez przedstawicieli całej obcej cywilizacji! Kolejne lata, a dokładnie dziesięć lat później, potwory stosujące nowoczesne środki łączności tropi nie pisarz powieści, lecz autor komiksów (Cell, 2006).

Czas na pytanie: kto się boi telefonicznego zombie? Kto się boi czarnego luda?

6. GORĄCZKA ZAKUPÓW

Przyjrzyjmy się teraz działaniu opisanego mechanizmu, banałowi życia, banałowi strachu. Jak w szkole. Na przykładzie.

Nie ma nic banalniejszego niż małe amerykańskie miasteczko, prawda? Zamieszkałe przez zwykłych ludzi mających zwykłe problemy… i zwykłe marzenia. Myra i Cora z nadwagą rywalizują ze sobą o to, która bardziej kocha Elvisa. Syn Cory, Brian, jak prawie każdy nastolatek marzy o karcie bejsbolowej. Szeryf Pangborn cierpi, bo stracił żonę i dziecko, i marzy, bo się zakochał. Patricia kocha szeryfa i cierpi na artretyzm. Radny cierpi, bo defrauduje miejskie pieniądze i marzy o wygranej na wyścigach. Zastępca szeryfa wymarzył sobie wędkę. Kapłani dwóch wyznań marzą o tym, by posłać się na wzajem do diabła, ot zwykła lokalna wojna religijna.

Czy banalnego życia nie powinno się opisywać, bo jest banalne? Może, ale skoro już się zdecydowaliśmy, nie znajmy granic banału. Niech w ulubionym Kingowskim miasteczku pojawi się jakże banalny dżentelmen, Max von Sydow banalnej ery postbergmanowskiej. Supersilny, superprzenikliwy superniecierpliwy i superwszechwładny. Lubujący się w spełnianiu marzeń do tego stopnia, że potrafi nawet poprowadzić „Sklepik z marzeniami”. Pan Gaunt każdemu sprzeda to, na czym mu najbardziej zależy, za drobną kwotę i drobną przysługę.

I co się okazuje? Banalni mieszkańcy banalnego miasteczka, w którym toczy się banalne życie, w którym banalne marzenia i banalne pożądania wymieszane są w banalnej proporcji, nader banalnie skłonni są zrobić banalną krzywdę banalnemu sąsiadowi… jeśli od tego zależy spełnienie ich banalnych przecież marzeń. Bo, powiedzmy sobie to otwarcie, nie liczy się banalność lecz siła, z jaką marzymy. A tej siły w obecnym u Kinga do znudzenia, jak „banalność” w tym akapicie, Castle Rock wystarczy na to, by ludzie zaczęli się zabijać, by ludzie ginęli w wybuchach, by ludzie popełniali samobójstwa, by dobrzy chrześcijanie, żyjący na co dzień w niezbyt przykładnej może, ale jednak zgodzie, wydali sobie regularną bitwę. Aż strach pomyśleć.

No właśnie, strach. Czy ktoś tu boi się pana Gaunta? A czegóż tu się bać, skoro jego magia ucieka z podkulonym ogonem, skowycząc, bo szeryf Pangborn umie puszczać zajączki? Czyż nie straszniejsza od niego jest Myra Evans z jej obsesją Elvisa, „Slopey” Dodd jąkała, Frank Jewett czy choćby rozczulająco niewinny i jeszcze bardziej rozczulająco naiwny atleta Pratt?

7. DOKTOR POTRZEBNY OD ZARAZ

Hulający po zamkniętym na cztery spusty wysokogórskim hotelu upiór nie jest straszny, straszne jest to, że jest Jacku coś, co domaga się uwolnienia. Telekineza Carrie, pirokineza Charlie, groza wszelkich kolejnych wcieleń Randala Flagga nie straszą, czego naprawdę możemy się bać to to, że ukazują nam nas samych. Im bardziej jesteśmy banalni, tym większa jest prawdziwa groza tego, na co nas stać.

Kto tu jest potworem? Bo nie potwór przecież. Więc może twórca potwora? Ale u Kinga nie ma ani szalonego naukowca, ani genialnego lekarza – idealisty. Są zwykli, banalni ludzie zamieszkujący zwykłe, banalne miasteczko na najbanalniejszej z banalnych bo amerykańskiej prowincji. Tej amerykańskiej prowincji, którą reprezentuje najprowincjonalniejsze z prowincjonalnych Maine.

Ale czy naprawdę to nie potwór, lecz my jesteśmy potworem? Sądzę, że udzielenie na to pytanie choćby prowizorycznej odpowiedzi pozwoli udzielić, choćby prowizorycznej odpowiedzi na pytanie o prawdziwy „fenomen Kinga”.

Gdyby King był tak au courant krytycznych gustów, by pozostać przy immanentnym złu i okrucieństwie ludzkości, a zwłaszcza Amerykanów z prowincji, z pewnością kandydowałby już do Nobla. Chciał tego czy nie, nie jest. Bo przecież jego niestraszne i w gruncie rzeczy niegroźne potwory nie popełniają samobójstwa. Zamiast i w imieniu nas wszystkich załatwia je, popełniając samobójstwo zalkoholizowany tym bardziej, że na odwyku, podstarzały tym bardziej, że w skórze i na Harleyu, popularny tym bardziej, że nie umie już pisać pisarz, żegnający się ze światem tym najwspanialszym kingowskim okrzykiem: „Jak ja nie znoszę krytyków!” – dla tego wspaniałego finału „Desperacji” warto znieść to wszystko, czego o banalnym życiu Kinga musieliśmy się nauczyć, choćbyśmy nie chcieli. A tam, gdzie nie ma potrzeby podejmowania decyzji ostatecznych kto zwycięża? Dziecko… i nie siłą małej Charlie, która dzieckiem nie jest. Dziecko w Pangbornie, umiejącym jeszcze puszczać zajączki na ścianę. Dziecko w Norrisie Ridgewicku, z którego dziecinne wspomnienia o ojcu czynią, nie unikniemy tego słowa, banalnego dzielnego obrońcę banalnego amerykańskiego prawa.

Prawdziwą metaforą tej dziecinnej siły jest Trisha z najniezwyklejszej chyba i nie tylko dlatego, że takiej cienkiej, książki Kinga. Trisha zabłąkana w lesie, czerpiąca siły z dziecinnej miłości do przystojnego baseballisty. Siła, którą niesie w sobie Trisha jest tak wielka, że atak Shardika daje się odeprzeć prawidłowo rzuconym Walkmanem.

I co tu się dziwić, że nas wszystkich, od profesora uniwersytetu (gdzieniegdzie to coś jeszcze znaczy) po polskiego hydraulika uwiódł pisarz, który najpierw potwierdził wszystkie nasze obawy pokazując, do czego jesteśmy zdolni by potem każdemu oferować możliwość odkupienia – w końcu Pangborn nie jest wyjątkowo w niczym oprócz zręczności rąk, a Marinville’owi i tego brakuje; w gruncie rzeczy facet jest nie do zniesienia. Każdy dostaje swe skąpe, ale jednak katharsis. I nie musi nawet na nie zarabiać, to katharsis nie wymaga wysiłku. Jest może najbardziej banalne z tego wszystkiego, czego banalność zaczęła powoli doskwierać nam wszystkim.

8. DLACZEGO NIC NIE CHCE Z TEGO WYNIKNĄĆ?

Tylko… czy naprawdę? Mam wrażenie, że katarktyczne przeżycie tak kusych wymiarów wyjaśnia niewiele, tak jak niewiele wyjaśniało żonglowanie odmianami strachu i naiwną krytycznoliteracką psychoanalizą. W łatwości, z jaką czyta się Kinga, z jaką się go doskonale rozumie; łatwości gwarantującej sprzedaż monstrualnych nakładów monstrualnych grubasów, które zdaniem wynajętych komplemenciarzy czyta się „jednym tchem” (sic!) musi być coś, co ta łatwość jednocześnie kryje i wyjaśnia.

I tu wracamy do podstawowego pytania: kto tu jest potworem, a kto doktorem? O ile odpowiedź na pierwszą część pytania uzyskaliśmy stosunkowo łatwo: potworem jest każdy z nas, a właściwie każdy nas staje się nim opuszczając jakże banalną krainę dzieciństwa o tyle na część drugą nie ma odpowiedzi. Kto nas stworzył, kto stworzył tę naszą potworność? Kto jest tym szalonym naukowcem, lub może genialnym filantropem cierpiącym na kompleks Boga, genialnym doktorkiem?

Nie szukajmy odpowiedzi na to pytanie w książce Kinga, nie szukajmy na nie odpowiedzi w jego książkach, każdej z osobna. Ludzie uczciwi i niekoniecznie głupi robili to przed nami i zarobili tyle, że łatwo ich wykpić. Poszukajmy jej raczej w książkach Kinga jako całości. Tak łatwo można zebrać je do kupy, poukładać i opisać wzajemne związki, że doprawdy dziwne, iż nikt jeszcze nie zechciał wyciągnąć z tego dokądkolwiek idących wniosków. Bo nie wystarczy twierdzenie, że King to pisarz słuszny, ale kiepski, bo nie zna metafory, nie wystarczy uparte jej szukanie tam, gdzie nie ma jej i nie było, może natomiast wystarczyć znalezienie jej tam, gdzie może być, a nie pod latarnią, bo jaśniej.

Proponuję poszukać kingowskiego wyrażenia metaforycznego nie na poziomie języka, codziennego, zwykłego, metaforycznie cytując „płaskiego jak opłatek” lecz na poziomie, na którym niezwykłość tego pisarz dostrzegają wszyscy: poziomie ilości i łącznej objętości wydanych przez niego książek.

Na poziomie fabuły.

Ale to już inna historia.
 
Krzysztof Sokołowski
 
Artykuł, który ukazał się w magazynie Czas Fantastyki 1 (22) 2010. Jest też dostępny na blogu autora lapsuscalami.pl
Aktualności ze światów Kinga
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: