Koniec warty

Koniec Warty

Stephen King jest fanem powieści kryminalnych – to wiadomo od zawsze. To, że decyzja o zezwoleniu na zaszufladkowanie go jako pisarza grozy zaczęło mu doskwierać wiadomo od połowy lat 90-tych, kiedy to można było zaobserwować duże zmiany w jego twórczości. Można to też łączyć ze sprawami osobistymi, wyjściem z uzależnienia od używek, a być może na trzeźwo zaczął mieć już dość krwawych maglownic i nawiedzonych samochodów?

Oczywiście nie ma nic złego w zmianach, ewolucji warsztatu i koreckie stylu. Nie ma nic złego w mieszaniu gatunków i eksperymentowaniu. Dzięki tym wszystkim zabiegom dostaliśmy książki takie jak "Mroczna Wieża", "Historia Lisey" czy "Dallas ‘63". W 2005 roku w wyniku eksperymentu z kryminałem powstał całkiem udany "Colorado Kid", a niemal 10 lat później wydano powieść "Pan Mercedes". Do tego czasu zdążyliśmy się już przyzwyczaić i zaakceptować nowe oblicze amerykańskiego króla grozy. Moja reakcja na "Pana Mercedesa" była umiarkowanie pozytywna – zaakceptowałem to jako jednorazowy wyskok, a przyznam, że lektura była dość przyjemna, ale gdy zapowiedziano, że autor planuje uwikłać Billa Hodgesa, głównego bohatera, w trylogię – wtedy zacząłem się bać.

King zaczytywał się książkami Johna D. MacDonalda i Donalda E. Westlake’a jednak swoją powieścią... cóż... raczej się do nich nie zbliżył. Oczywiście to moja osobista ocena i książka ma prawo się podobać, co znalazło swoje odzwierciedlenie w kwietniu 2015, gdy "Pan Mercedes" na kilka tygodni przed premierą drugiego tomu zatytułowanego "Znalezione nie kradzione", otrzymał nagrodę Edgara Allana Poe w kategorii kryminał.

Trzeba przyznać, że w pierwszych dwóch tomach trylogii, King starał się trzymać wytyczonych granic: całkowicie zrezygnował z wątków nadnaturalnych, chociaż mam wrażenie, że bohaterom zbyt sprzyjał los. W "Znalezione nie kradzione" lawina zbiegów okoliczności była tak niewyobrażalne, że aż komiczna. Recenzję tej książki pisałem z wyrzutami sumienia, ale też małym płomykiem nadziei, rozbudzonej przez ostatnie strony. Bo otóż okazało się, że w trzecim tomie (którego tytułu wtedy jeszcze nie znaliśmy), fabuła skręca w całkowicie inną stronę. Krok ten uważam za dość ryzykowny, ponieważ z jednej strony wymaga od dotychczasowych zadowolonych czytelników przestawienia się z myślenia o książce jak o kryminale mocno osadzonym w realnym świecie na książkę z wątkiem nadnaturalnym, a z drugiej strony zabieg ten nie do końca może ratować książkę w oczach czytelników, którzy krytykowali takie czyste podejście właśnie w pierwszych książkach.

Nie będę ostrzegał przed spoilerami, bo czytelnik niemal od razu ma wszystko wyłożone. Nie chodzi tu o składanie zagadki z drobnych śladów, układaniu puzzli z tropów pozostwionych przez tajemniczy czarny charakter. Od samego początku wiemy kto jest dobry, a kto zły.  Cała zagadka polega na tym w jaki sposób nasza dwójka skrzyżuje szpady z Bradym Hartsfieldem, czy poradzi sobie z nim i czy powstrzyma go na czas. I tutaj pojawia się nowa umiejętność Brady’ego, coś, czego nie spodziewalibyśmy się w gatunkowym kryminale – telekineza. Właśnie ten wątek, który został zasygnalizowany pod koniec "Znalezione nie kradzione", był źródłem płomienia nadziei, o którym mówiłem. Dlaczego więc piszę tutaj tak jakby z wyrzutem? Otóż ta telekineza została całkowicie zmarginalizowana w książce. Mogłoby jej nie być, jest sprawą przeszłości i wspomnienia o niej dotyczą wyłącznie podczas wątków precyzujących niedopowiedziane informacje przekazane nam w zakończeniu "Znalezione nie kradzione". A przecież telekineza jest taka fajna, od niej wszystko się zaczęło, gdy King wydał "Carrie". Czemu King miałby z niej rezygnować? Czy znalazł coś fajniejszego? Tak, bo oprócz umiejętności telekinezy, Brady potrafi wchodzić ludziom do głowy i przejmować nad nimi kontrolę.

Kontrola umysłu to także nic nowego. King już kilkakrotnie wykorzystywał ten motyw swoich powieściach, na przykład Roland przejął kontrolę nad Dettą Walker w "Powołaniu trójki", Pan Szary przejął Jonesy’ego w "Łowcy snów" a Tak... cóż... Tak przejmował wszystkich (w "Desperacji" i "Regulatorach"). Różnica jest taka, że w tych przypadkach nie mieliśmy jasnego wyjaśnienia jak to się dzieje. W przypadku Brady’go umiejętność kontroli umysłu jest nabyta. Niczym u ofiar eksperymentów w "Podpalaczce", podrasowany eksperymentalnymi lekami z boliwijskiego laboratorium, mózg Brady’ego zaczyna działać trochę inaczej niż u reszty populacji. Brady odbudowuje swoje siły psychiczne i choć z zewnątrz wygląda na katatonika, to wewnątrz aż buzuje. Kontrola umysłu w połączeniu z jego umiejętnościami technicznymi rodzi doskonały plan.

Wielokrotnie mieliśmy sytuację gdy King sięgał bo zagadnienia z dziedzin, na których nie do końca się zna. W zagadnieniach takich jak medycyna, lotnictwo czy teleinformatyka zwykle pomagają mu badacze i asystenci, którym zawsze dziękuje w posłowiu i informuje, że ewentualne uchybienia są wyłącznie jego winą. Wielokrotnie też te wątki były przez wielu krytykowane i te osoby właśnie dostały nową porcję amunicji. Wątek techniczny, a właściwie teleinformatyczny, niestety znowu nie wypada najlepiej, chociaż dobrze, że King w końcu dostrzega postęp technologiczny i adaptuje go do swojej twórczości. Do tej pory jego bohaterowie zwykle nie korzystali z mediów społecznościach, chociaż zdarzyło się, że jeden z jego bohaterów potrafił nakłonić do popełnienia samobójstwa wysyłając do osoby prostego maila (opowiadanie "Wszystko jest względne"). Brady do przejmowania kontroli na odległość wykorzystuje przerobione konsole do gier, które wykorzystując podrasowane efekty stroboskopowe wprowadzają swoich użytkowników w głęboką hipnozę.

Po długiej przerwie wreszcie żyją bohaterowie. Po szalonym maratonie jakim było "Znalezione nie kradzione", z którego nie dowiedzieliśmy się o nich nic nowego, główne postacie ponownie się rozwijają. A przecież na tym budowana jest twórczość Kinga – na postaciach w nietypowych, trudnych sytuacjach. Widać tutaj, ze Kingowi bardzo zależało na postaci Hodgesa, bo na nim oparł całą powieść. Nie ma się co dziwić, bo z perspektywy książek "Pan Mercedes" i "Koniec warty" jest to jedna z najciekawszych stworzonych przez niego postaci. Głównym katalizatorem przemiany bohaterów jest choroba Hodgesa, która jest tłem jego relacji z otoczeniem. Rak trzustki nie rokuje najlepiej, a Bill odrzuca wszelkie sugestie leczenia, chcąc ostatecznie doprowadzić do końca sprawę Brady’ego. Tytuł książki też nie jest bez znaczenia. Koniec warty dla policjanta oznacza przejście na emeryturę lub... śmierć na służbie. Co prawda Hodges już jest na emeryturze, jednak jest policjantem z krwi i kości i ani choroba, ani emerytura nie powstrzymają go od ochrony (i służenia) niewinnych ludzi. Jak dla mnie, właśnie dzięki tym zabiegom, książka wyraźnie uchroniła się od słabości poprzedniego tomu. O ile w "Znalezione nie kradzione" miałem wrażenie, że Bill i jego ferajna zostali wrzuceni tam na siłę, to tutaj wyraźnie zaakcentowano, że tylko Bill i Holly byli w stanie podjąć właściwy trop. Bill przygotowuje się do przywitania na emeryturze swojego ostatniego partnera w policji, Pete’a Huntley’a, który wzywa Hodgesa na miejsce zbrodni, które to jest przyczynkiem do głównej fabuły "Koniec warty". Jego nowa partnerka, "Panna piękne szare oczęta" Isabel "Izzy" Jaynes, jest symbolem pierwszych dwóch tomów książki, które twardo trzymały sie realiów. Izzy za nic nie chce uwierzyć w to co dzieję się na jej oczach, a fakty, cóż... jesli fakty się nie zgadzają to tym gorzej dla faktów. Właśnie dzięki specyficznej historii łączącej Billa i Holly z Brady Hartsfieldem, oraz obsesją Billa na jego punkcie, trafiają na drobny ślad, który prowadzi prosto do pokoju 217 w szpitalu Kinera, gdzie od kilku lat przebywa Brady.

O dziwo Brady też się zmienia. W "Panu Mercedesie" był po prostu świrem, który postawił sobie za cel zabić jak najwięcej przypadkowych ludzi. Co jak co, ale świrów King potrafi całkiem dobrze profilować. King dedykował książkę twórcy Hannibala Lectera, pisarzowi Thomasowi Harrisowi i robił wszystko, aby stworzyć własną wersję takiego potwora. Efekt nie jest może do końca zadowalający, bo porywczy Brady to całkiem inny przypadek niż socjopatyczny, metodyczny Lecter. Po szaleńcach w stylu Franka Dodda czy Annie Wilkes dostajemy podrasowanego nadnaturalnymi umiejętnościami świra, dla którego zabijanie staje się narzędziem zemsty. Nie chodzi mu tylko o zabicie ludzi... on chce zmusić ich, aby sami się zabili, a dodatkowo chce się upewnić, że Hodges będzie wiedział, że to jego sprawka. Ze zwykłego księcia samobójców chce stać się ich królem i wcale nie jest to przejaw megalomani, ale wynik zimnej kalkulacji.

Każdy z bohaterów "Koniec warty" popełnia ludzkie błędy, a ich podłożem są ludzkie słabości. Holly martwi się o przyjaciela, Hodgesa rozprasza niepewna wizja przyszłości, przez co nie zauważają pewnych tropów. Brady z kolei zaślepiony jest chęcią zemsty, przez co zbyt szybko wciąga w swój morderczy plan emerytowanego detektywa. Błędy wydają się nader korzystne dla drugiej strony, ale mają mocne uzasadnienie w charakterystyce postaci i ich dotychczasowej motywacji.

Jak zwykle bywa w powieściach suspensu, czas odgrywa tu ważną rolę. Akcja toczy się w swoim tempie przyspieszając stopniowo we właściwych momentach, a osiągając punkt kulminacyjny, w którym wiadomo już, że nie ma odwrotu i trzeba działać jak najszybciej, przyspiesza aż do ostatecznej konfrontacji. Nie uświadczycie tu długich opisów czy wydłużająych książkę retrospekcji. Presja czasu wykorzystana przez Kinga przekłada się na kilka warstw. Od wspomnianej choroby Billa, która wymusza na nim szybkie działanie, do warunków pogodowych, które mogą pokrzyżować wszystkie plany. Tak w "Pod kopułą" czy "Bezsenności", jak i w tym przypadku bohaterowie muszą się spieszyć. Wszystkie wydarzenia prowadzą do nieuniknionej konfrontacji, której jednoznaczny wynik nie jest łatwy do przewidzenia. Całe napięcie i niepewność budowane są wokół wiedzy czytelnika, że dzieje się źle, że może być jeszcze gorzej, a tylko bohaterowie mogą coś na to poradzić.

"Koniec warty" to przyjemna lektura, szczególnie gdy czyta się ją na leżaku w słoneczny dzień ze szklanką zimnego napoju w zasięgu dłoni. Chociaż daleko jej do "Ręki mistrza" czy "Martwej strefy", ale to przecież całkiem inny gatunek. Za każdym razem, gdy King sięgał po kryminał, jego twórczość charakteryzowała się lekkością, sprawiała wrażenie napisanej bardziej dla nowego czytelnika niż tego "stałego". Nie jest to coś złego, ale tylko na krótszą metę, bo przygoda z Billem Hodgesem trwała trzy lata. Dla niektórych czytelników to może być "aż trzy lata", które właśnie dobiegły końca i pozostawiają nas z pustym kalendarzem wydawniczym. "Koniec warty" nie jest książką idealną, ale nie ma też zbyt wiele wad. King sporo czasu poświęcił postaciom, na których mi zależało, a sam wątek nadnaturalny nie odstraszał jak niektórzy się obawiali. Osobiście cieszę się, że trylogia się skończyła i jestem zadowolony z tego jak się skończyła.

Na koniec jedna dość istotna uwaga. "Koniec warty" jest trzecim tomem trylogii, ale jeśli nie czytaliście pierwszych dwóch książek, to nie ma się czym przejmować. Autorowi udało się subtelnie przemycić do książki całe tło fabularne wynikające z poprzednich tomów, więc na upartego można tę książkę potraktować jako samodzielną powieść. Z pewnościa jednak zachęcam was do przeczytania również "Pana Mercedesa", bo w połączeniu obie książki wypadają o wiele lepiej niż samodzielnie.
Aktualności ze światów Kinga
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: