"Gra Geralda" - oto jak ekranizować Kinga!

„Gra Geralda” wyznacza w pisarstwie Kinga pewną granicę, zmianę w jego pisarstwie. Jest pierwszą powieścią po jego pożegnaniu z klasycznym kingowskim stylem, z którym mieliśmy do czynienia w „Sklepiku z marzeniami”, określanym jako ostatnia powieść z Castle Rock (chociaż okazało się, że to nie do końca prawda). Ta zmiana w początkach lat 90-tych przyniosła takie powieści jak „Dolores Claiborne” i „Rose Madder” więc łatwo zauważyć ich wspólny mianownik którym są kobiety.
Najważniejszymi kobietami w życiu Kinga są matka i żona, i to to właśnie ta ostatnia najbardziej przyczyniła się do tej zmiany, gdy pod koniec lat 80-tych postawiła mężowi ultimatum: alkohol i używki, albo rodzina. King wyboru dokonał sam, przestał pić, zachował rodzinę i nie przestał pisać. „Gra Geralda” i mocno powiązana z nią „Dolore Claiborne” zostały wydane w 1992 roku i sprawiły, że część czytelników, fanów pisarza, zadrżała. Podejrzewano nawet, że to nie on napisał te powieści, tak bardzo według nich różniły się od jego poprzednich powieści, które uczyniły go królem horroru. Obie powieści opowiadają o dojrzałych kobietach, tym jak kobiety są traktowane i wykorzystywane przez mężczyzn, w jaki sposób walczą, ale to „Gra Gerlada” ma dużo więcej do powiedzenia na ten temat niż zekranizowana jeszcze w latach 90-tych „Dolores Claiborne”, jednak jest to powieść trudniejsza do przyswojenia ze względu na swoją strukturę i nietypową narrację, która przez wiele lat uważana była za „nie filmową”. Wszytko to powodowało, że Hollywood trzymało się od powieści z daleka. Na szczęście nie wszyscy pogodzili się z taką opinią, bo jeśli tak by się stało, nie mielibyśmy zobaczyć tego wspaniałego filmu.

Na pierwszy rzut oka to wydaje się takie proste. Ot mężczyzna i kobieta w czasie weekendowego wypadu za miasto, podczas którego chcą podrepoerować swoje małżeństwo, planują zabawić się w nieco wyuzdany sposób. On przykuwa ją kajdankami do łóżka i podczas wstępu do urzeczywistnienia swojej fantazji seksualnej, gwałtu, umiera na zawał, zostawiając żonę samą w pustym domu na odludziu. To wprowadzenie rzeczywiście jest niemal banalne, ale jak to pociągnąć dalej? Czy to już jest takie proste i łatwe do przewidzenia? Bo co może przeżywać kobieta w takiej sytuacji? Co może myśleć? Do czego jest zdolna, aby się uwolnić? A co jeśli w tej okolicy nie jest sama? A co jeśli tak naprawdę sama nie jest sobą, bo już od dawna nie pamięta kim jest? Tyle ciekawych możliwości, tylko jak je pokazać widzowi, aby w nie uwierzył?

Swoje umiejętności w kręceniu klaustrofobicznych thrillerów, Mike Flanagan, udowodnił filmem „Hush”. Tym razem, określany jako niemożliwy scenariusz, napisał razem z Jeffem Howardem, z którym współpracował przy „Oculus” i „Zanim się obudzę”. Udało im się tak przełożyć powieść Kinga na język filmowy, że pomimo różnic i zmian, widz nie straci nic istotnego z samej powieści. Ten film po prostu trzeba zobaczyć po przeczytaniu książki i wtedy dopiero można docenić to co zrobiła ta dwójka! I moi drodzy, to nie jest przesada, to nie są słowa fana, czy widza piszącego recenzję na gorąco. Nie chcę psuć seansu zdradzając szczegóły, ale w filmie są sceny, które świadczą o tym, że Flanagan mówiąc, że jest zakochany w twórczości Kinga wcale nie przesadza.

Zdjęcia do filmu trwały zaledwie 23 dni, a dwójka głównych aktorów przeszła moje wszelkie oczekiwania. Opisując powyżej punkt wyjścia dla fabuły napisałem, że wydaje się on prosty. Postacie też mogłyby wydawać się proste, jednak Flanagan nie chciał pójść na skróty. Powierzając role dwójce doświadczonych aktorów doskonale wiedział co robi, a oni dali z siebie wszystko.
Kreacja Carli Gugino na długo zapadnie w pamięci, co więcej to może być dla niej rola życia. Jej Jessie A i Jessie B… A tak - byłbym zapomniał. Główne role są podwójne! Jessie Burlingame A, leży na łóżku przykuta kajdankami do jego wezgłowia. Niemal od zawsze uległa i żyjąca w cieniu dominującego męża, przekonana że ich małżeństwo rozpada się z jej winy. W tej chwili bezbronna, w beznadziejnej sytuacji, emocjonalny wrak skazany na bolesną śmierć. Ale oto pojawia się Jessie Burlingame B, silna, sprytna wersja kobiety, która motywuje do działania i do przypomnienia sobie rzeczy, o których Jessie A już dawno zapomniała.
Podobnie jest z Geraldem, którego poznawszy we wprowadzeniu pozostawiamy zimnego na podłodze na pastwę głodnego psa. Ale jest jeszcze drugi Gerald, ten w głowie Jessie A, który wokalizuje każdy jej podświadomy strach i każdą traumę. Obie halucynacje toczą ze sobą słowny pojedynek, a pomiędzy nimi jest Jessie, która w potoku tej dyskusji musi znaleźć klucz do swojego wybawienia.
Scenarzyści w doskonały sposób przedstawili to co wszystkim wydawało się niewykonalne - wewnętrzne głosy książkowej Jessie przedstawione zostały jako jej halucynacje!

Napisałem już o tym filmie wiele dobrego, ale zdaję sobie sprawę, że wiele osób zasiądzie do niego z dość krytycznym podejściem. Będą oglądać i wypatrywać każdego potknięcia, każdego ułatwienia i tak… znajdą je. Może w scenie wprowadzającej psa, albo wiadomości słuchanych w radiu? Może w ujęciu pozostawionych otwartych drzwi? Wszystkie te rzeczy, te rekwizyty rozstawione w pierwszym akcie, oczywiście muszą zostać wykorzystane. To tak jak w filmach o Bondzie, który od pomysłowego Q, za każdym razem dostaje nowe zabawki, które później okazują się niezbędne do wykonania zadania. Nie upatruje w tym nic złego, bo jeśli nie pokazano by tych elementów to też moglibyśmy doczepić się do stosowania zabiegów stylu Deus Ex Machina.

Pojedynek Jessie z rzeczywistością, to nie tylko konieczność uwolnienia się i pozostania przy życiu. Tu także widzimy dowód na to, że Flanagan nie idzie "na skróty". Jessie skrywa w sobie mroczną tajemnicę, której nie poznał nikt, nawet jej mąż. To właśnie z tymi tłumionymi przez wiele lat wspomnieniami wydarzeń sprzed 26 lat musi się zmierzyć. Traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa zadecydowały o jej przyszłości, o charakterze jej związku z Geraldem. Jak mówi Jessie B, to właśnie wtedy zakuto ją w prawdziwe kajdany, znacznie mocniejsze niż te, którymi została przykuta do łóżka. Jakby tego było mało, w domu jest ktoś jeszcze, ktoś oprócz głodnego psa, który powoli podjada martwego Geralda. Upiorne widmo, czy może halucynacja, która ledwie jest widoczna w świetle księżyca jeszcze bardziej motywuje Jessie do działania, ale tylko konfrontując się ze swoją przeszłością znajdzie siłę i klucz potrzebne do uwolnienia się z fizycznych kajdan, które ranią jej nadgarstki.

Wielowymiarowy obraz kobiety jaki prezentuje Jessie daje wiele do myślenia w kontekście społecznym i tego jak są traktowane kobiety. Zadziwiające, że powieść która została napisana 25 lat temu, opisuje problemy, które pozostały aktualne aż do dzisiaj. Gdy w 2015 roku Stephen King otrzymał Narodowy Medal Sztuki, w uzasadnieniu napisano, że „łączy w swojej twórczości niezwykły sposób opowiadania i przenikliwą analizę natury ludzkiej”. „Gra Geralda” zarówno w wersji pisanej jak i filmowej, jest doskonałym dodatkiem do tego uzasadnienia, które ostatecznie powinno przekonać wszystkich niedowiarków, a przemysłowi filmowemu pokazuje jak należy ekranizować powieści Kinga.

Na koniec - posłowie
Jest jeszcze jedna ważna kobieca powieść Stephena Kinga, którą jak sam mówi bardzo chciałby obejrzeć. Powieść którą określa jako hołd i podziękowanie dla swojej żony, bo przecież "za każdym mężczyzną swoi kobieta". Moim zdaniem już najwyższy czas na ekranizację „Historii Lisey”, a wybór reżysera nie powinien być trudny!
Powiązane
Gra Geralda - film
Aktualności ze światów Kinga
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: