"1922" - ciężar sumienia

„1922” to kolejna udana adaptacja prozy Stephena Kinga jaką dano nam zobaczyć w 2017 roku. Opowiadanie początkowo ukazało się w zbiorze „Czarna bezgwiezdna noc” i jest już trzecim sfilmowanym – wcześniej filmowcy pochylili się nad „Dobrym małżeństwem” i „Dużym kierowcy”. Format filmu telewizyjnego idealnie nadaje się do kameralnej scenerii farmy położonej na odludziu w pobliżu znanego czytelnikom miasteczka Hemingford Home w stanie Nebraska. Tytuł odnosi się do roku, w którym rozgrywają się dramatyczne wydarzenia na farmie należącej do Wilfreda Jamesa.

Źródłowe opowiadanie spotkało się z bardzo dobrym przyjęciem, chociaż zdarzały się opinie krytyczne. Według mnie nie było to najlepsze opowiadanie ze zbioru, bo miejscami zdawało się trochę rozciągnięte, a winnych miejscach nudne. Jednak drugie podejście do tekstu sprawiło, że zmieniłem zdanie i w moim rankingu opowiadań z „Czarnej bezgwiezdnej nocy” przesunęło się o jedno oczko w górę na drugą pozycję po „Dobrym małżeństwie”. Informacje o planowanej ekranizacji przyjąłem jednak dość sceptycznie, tym bardziej, że zarówno za scenariusz jak i reżyserię miał odpowiadać, całkowicie mi nieznany, Zak Hilditch. Jednak po ogłoszeniu nazwisk głównej obsady odetchnąłem z ulgą.

Podobnie jak w przypadku Netflixowej „Gry Geralda”, producenci postawili na znane i rozpoznawalne twarze, ale niekoniecznie ze szczytu listy aktorskich gigantów. Thomas Jane nie jest typowym hollywoodzkim aktorem, a jego kariera to liczne wzloty i upadki. Doskonale jednak pamiętam jego występ w „Standerze” czy epizod w „Cienkiej czerwonej linii”, a fani Kinga znają go z ekranizacji „Mgły” Franka Darabonta i mniej udanego „Łowcy Snów”. Molly Parker to nieco inna sytuacja, bo jest aktorką bardzo doświadczoną w produkcjach telewizyjnych, a mnie kupiła już dawno temu swoją rolą w serialach „Deadwood” i „Firma”, a ostatnio w „House of Cards”.  Wszystko to sprawiło, że wyczekiwałem konfrontacji tej dwójki na ekranie, a atmosferę podgrzewał fakt, że produkcja owiana była tajemnicą. Twórcy skąpili widzom jakichkolwiek materiałów z planu, a jedyne zdjęcia, jakie pokazały się w Internecie zostały, na życzenie autorów, wycofane.

Opowiadanie napisane jest w pierwszej osobie, w formie która pozwala Wilfredowi wyznać swoje grzechy, co całkiem słusznie na myśl przywodzi nam powieść „Dolores Claiborne”. Hilditch zachował tę formę w filmie, co, pomimo tego, że zabieg ten nie jest już popularny, wyszło zaskakująco dobrze. „W 1922 roku miarą mężczyzny jest ziemia”, mówi na samym początku Wilfred James, w którego wciela się Jane. Jest on typowym farmerem mówiącym z południowym akcentem przez zaciśnięte zęby, tak jakby miał złamaną szczękę. Jest przywiązany do ziemi odziedziczonej po ojcu, do której dołączył drugie tyle ziemi z posagu swojej żony Arletty. Ta z kolei nie pasuje zarówno do Wilfreda jak i życia na farmie. Arletta marzy o życiu w mieście, prowadzeniu sklepu z sukniami, a drogę do spełnienia swojego marzenia widzi w sprzedaży farmy, na co nie chce zgodzić się Wilfred. Sprawę komplikuje dodatkowo ich 14 letni syn Henry (grany przez Dylana Schmidta), który zakochany w córce sąsiedniego farmera, wplątany zostaje w walkę pomiędzy rodzicami. W miarę jak ich konflikt narasta, do Wilfreda dociera, że jedyne rozwiązanie JEGO problemu musi wiązać się z rozlewem krwi , ale zdaje sobie sprawę, że nie może tego zrobić samemu. Udaje mu się jednak zmanipulować syna, wykorzystując do tego uczucia młodego zakochanego chłopaka, który w rezultacie staje się współmordercą matki. Wszystko wydaje się iść zgodnie z planem – policja idzie tropem podrzuconym przez Wilfreda jakoby Arletta odeszła do miasta (zabierając część ubrań, kosztowności i oszczędności), jednak gdzieś na pograniczu pola widzenia Wilfreda (i naszego) zaczyna sączyć się coś ciężkiego.

Sumienie to ciekawa rzecz. Wielu pisarzy wykorzystywało sumienie aby odkupić winy swoich bohaterów lub całkowicie ich pogrążyć. Tutaj mamy do czynienia z drugą ścieżką, która dla młodego Henry’ego i jego ukochanej Shannon jest tragiczna, a dla Wilfreda… przerażająca. Wilfred powoli traci wszystko: syna, rękę, podupadającą już farmę, a przede wszystkim zdrowe zmysły. Wierzy bowiem, że nawiedza go zamordowana żona, która stała się królową szczurów, które podążają za nim wszędzie gdzie pójdzie. Zjawa nie chce go zabić czy zdemaskować jako mordercy, chce doprowadzić go na skraj szaleństwa, zniszczyć psychicznie torturując go na wszelkie możliwe sposoby.

Aktorsko film spełnia pokładane w nim oczekiwania. Zarówno Thomas Jane jak i Molly Parker świetnie wczuli się w swoje postacie. Rola Arletty musiała być szczególnie trudna, gdyż występuje ona zaledwie w kilkunastu scenach z dialogami, a później, do końca filmu, widzimy ją jedynie jako makabryczną zjawę otoczoną przez chmary szczurów. Jednak to Thomas Jane wziął na swoje barki cały ciężar filmu i zrobił to spektakularnie! Obserwując twarz Wilfreda od początku do końca filmu widać na niej coraz większy ciężar sumienia oraz paniki spowodowanej wizjami przez które powoli traci zmysły. Jego rola, podobnie jak Carli Gugino w „Grze Geralda”, warta jest jakiejś nagrody i naprawdę będę niezadowolony jeśli ich kreacje nie zostaną docenione chociażby jakimiś nominacjami w kategoriach telewizyjnych.

Film dzieje się w 1922 roku więc należy też wspomnieć o scenografii, która z drobnymi wyjątkami, wypadła bardzo naturalnie. Za pewne na ekranie kinowym dostrzeglibyśmy jakieś niedociągnięcia, jednak na ekranie telewizyjnym całość wypada bardzo dobrze. Muzyka Mike’a Pattona jest klimatyczna, dopasowana do epoki i tempa w jakim opowiadana jest historia. Są sceny, w którym pojawienie się głównego, charakterystycznego motywu, powodują gęsią skórkę.

Po dwóch ostatnich premierach adaptacji filmowych zrealizowanych dla Netflix jestem zachwycony. „1922” udowadnia, że „Gra Geralda” nie była fartem czy po prostu przemyślanym filmem doświadczonego filmowca, ale podejście tej platformy do ekranizacji po prostu się sprawdza. Co więcej, nie można uważać tych produkcji za konkurencję filmów kinowych, bo mam wątpliwości, czy te dwa filmy sprawdziłyby się w takiej postaci, jednak format telewizyjny jest dla nich idealnym rozwiązaniem, a wykonanie na takim poziomie przyjemnie łaskocze mnie jako fana i bardzo, ale to bardzo podnosi poprzeczkę na przyszłość. Mam nadzieję, że zachęceni przychylnym przyjęciem swoich produkcji zarówno przez fanów Kinga jak i innych widzów już wkrótce sięgną po inne teksty.
 
Powiązane
1922 - film
Aktualności ze światów Kinga
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: