"To" jest TO. Recenzja najlepszej adaptacji od wielu lat

W końcu się udało! Po wielu latach posuchy, fani Stephena Kinga dostali wreszcie porządną adaptację filmową jego książki – i to nie byle jakiej. Wydane po raz pierwszy w 1986 roku „To” jest jedną z najważniejszych (a być może najlepszą) powieści popularnego amerykańskiego pisarza. Nad książką pracował ponad cztery lata, a według wielu były to jego lata najlepsze. Książkowe „To” przerażało zarówno swoją objętością jak i rozmachem oraz opisanym w nim terrorem. W wątki rozpisane na dwie linie czasowe (koniec lat 50-tych i połowa lat 80tych) zostały dodatkowo wplecione historyczne retrospekcje jeszcze bardziej rozbudowujące koszmarny obraz małomiasteczkowej grozy. Sam Stephen King określił książkę jako jego ostateczną rozprawę z „trollem spod mostu”. Raz na zawsze chciał rozprawić się z horrorem o potworze ucieleśniającym ostateczne zło i zrobił to w wielkim stylu. Przy okazji, w swój charakterystyczny sposób, wykorzystał korzenie popkulturowej grozy – umożliwił swojemu „potworowi” ucieleśnianie największych strachów swoich ofiar – od gigantycznego ptaka Rodana, poprzez Mumię, Wilkołaka po złowieszczego klauna. Właśnie ta ostatnia postać Tego została się jego główną twarzą na stałe wpisując się w ramy nowej pop kultury i pozostając tam przez kolejne lata.

Pierwsza ekranizacja wyemitowana została w telewizji w 1990 roku. Po wielu bojach, cięciach, zmianach formatu (miał być 10 odcinkowy serial), reżysera (początkowo projekt realizował George A. Romero) i w końcu aktora wcielającego się w Pennywise’a (Tim Curry nie był pierwszym wyborem), udało się zrealizować 3 godzinną adaptację, która zgromadziła przed ekranami telewizorów rekordową widownię. Pennywise w wydaniu Curry’ego jeszcze bardziej ugruntował swoją pozycję w gatunku i nawet jeśli sama adaptacja miała swoje wady, to dla wielu stała się pozycją kultową, a dla innych filmem, którego nie sposób obejrzeć przy zgaszonym świetle.

Dokładnie po 27 latach, TO przebudziło się ze swojego letargu, głodne… sukcesu. Nie wiem, czy ta liczba jest przypadkowa, ale na pewno jest symboliczna, bo przecież w książce (i filmie) zło mieszkające w miasteczku Derry też powraca cyklicznie co 27 lat. Podobnie jak w przypadku telewizyjnego poprzednika, droga filmu na ekrany kin nie była prosta. Na etapie przedprodukcyjnym dyskusje na temat długości trwania czy podziału filmu zdawały się nie mieć konca, aż w końcu podjęto decyzję o podzieleniu książki na dwie części. Wytwórnia wybrała reżysera w osobie Cary’ego Fukunagi, który po sukcesie serialu „Detektyw” chciał rozdawać karty. Wraz z dwoma innymi scenarzystami napisał pierwszą wersję scenariusza, wybrał nawet aktora do roli klauna… i wtedy coś się popsuło. TO chyba tylko przewróciło się na drugi bok w swoim legowisku i usnęło… Fukunaga odpadł z fotela reżysera. Jego miejsce zajął Andreas Muschietti, który na swoim koncie miał mały sukces w postaci horroru „Mama”, ale niedługo potem z projektu odpadł, typowany do roli Pennywise’a, Will Poulter.

Ostatecznie film trafił do kin i wygląda na to, że w tym przypadku wszystkie zmiany wyszły na dobre. Zaznaczmy jedną ważną rzecz: kinowe „To” nie jest remakeiem telewizyjnego serialu - jest nową adaptacją powieści. Jako wysokobudżetowy horror dostał kategorię wiekową „R”, która pozwoliła twórcom nieco podnieść poziom terroru jaki zobaczymy na ekranach, a przyznam że miejscami rzeczywiście jest krwawo i ostro. Jednocześnie udało im się nie „popłynąć” z nurtem, dzięki czemu nie każda scena przepełniona jest gore i krwią (chociaż tej ostatniej miejscami jest sporo).
Książowi puryści będą oczywiście narzekać, że to nie było tak! Książka miała inną konstrukcję, przecież prowadzenie równolegle dwóch linii czasowych budowało prawdziwy nastrój grozy, uzupełniało się, było jedyne w swoim rodzaju. Przecież książka działa się w innych czasach! Przecież w książce bohaterowie bali się mumii, wilkołaka i innych ikon z filmowych horrorów, które oglądali w kinie, a w filmie nie ma sceny z kina. Przecież to Mike interesował się historią, a nie Ben. Jedno jest pewne – nie da się dogodzić wszystkim.

Tak, twórcy rzeczywiście poszli na wiele kompromisów, ale w przeciwieństwie do innych produkcji, udało im się wyjść obronną ręką. Pierwszy film skupia się wyłącznie na historii młodych bohaterów, przez co opowiadana historia jest bardziej spójna i rozwija się w równym tempie. Jeśli mówimy o zmianach i rezygnacji w pewnych bogato opisanych w powieści scen, to dla równowagi należy powiedzieć, że tam gdzie się dało, twórcy trzymali się najbliżej oryginału jak to możliwe. Przykładem tego może być pierwsza scena, w której widzimy klauna i zmieniający sie kolor jego oczu - dokładnie tak jak w książce.
Zmiana epoki, w której dzieje się akcja, może wydawać się zmianą istotną, ale w połączeniu z resztą okazuje się, że zachowano ducha i głębię opowiadanej historii. Lata 80-te są tłem, które bliższe jest pokoleniu, które będzie ten film oglądać – mojemu pokoleniu. Zamiast rocka mamy New Kids on the Block, zamiast „Mumii” mamy „Koszmar z ulicy Wiązów 5” i „Critters”.
Zmiany minimalnie dotknęły głównych bohaterów. Na przykład Mike wychowywany jest przez dziadka, a Beverly przez samotnego ojca, nie ma to jednak większego wpływu na charakter postaci - ich problemy pozostały te same. Bill nadal się jąka, Eddie nadal jest hipochondrykiem, Stan grzecznym chłopcem, Ben grubasem, Bev nadal ma problemy z ojcem, Mike jest terroryzowany przez miejscowych chuliganów, a Ritchie… cóż… Ritchie nadal ma niewyparzoną gębę. Klub Frajerów przejął w całości ten film i na ekranie widzimy to co kochaliśmy w „Stand by me” czy „Goonies”, a co ostatnio powróciło „Stranger Things” – przyjaźń w czasie dorastania. Młoda obsada filmu bez problemu zdobywa nasze serca, bo wszyscy są sympatyczni, mają swoje problemy, z którymi początkowo starają się radzić na swój sposób - samotnie, a kiedy chemia między nimi cementuje ich relacje – wspólnie. W końcu pojmują, że osobno są łatwym celem, a razem mają szansę nie tylko na przeżycie, ale może nawet na pokonanie Tego. Przedstawiając i budując postacie, Muschietti nie traci czasu na zbędne lanie wody, a wszystko co widzimy na ekranie służy historii i jest jej częścią. 
Filmowe „To” nie zaistniałoby bez swojego Pennywise’a. Tutaj twórcy filmu mieli przed sobą najcięższą przeprawę: jak zastąpić Tima Curry’ego? Odpowiedź okazała się prosta: Nie da się go zastąpić, ale można stworzyć postać na nowo. Zaczęto od obsadzenia w tej roli szwedzkiego aktora Billa Skarsgårda, który spędził wiele nieprzespanych nocy rozmyślając o swojej roli i o tym co kryje się za klaunem. Co ciekawe, aktor ma lekkiego zeza, i jak sam wspominał w jednym z wywiadów, potrafi rozluźnić mięśnie lewego oka, tak aby odjechało i ten swój naturalny tik wykorzystał w filmie. Tworząc wizualizację klauna, twórcy również nie poszli na skróty. Zrezygnowali z XX wiecznego wizerunku kojarzącego się z Ronaldam McDonaldem na rzecz XIX-wiecznego cyrkowego klauna. Gdy w ramach promocji prezentowano kolejne zdjęcie nowego Pennywise’a zdarzało się wiele drwin i opinii, że nie jest straszny tylko śmieszny. Tak, pojęcie grozy jest względne i zależy od postrzegania widza: co jednych przeraża innych poże śmieszyć, jednak konsekwencja jaka towarzyszy pokazywaniu postaci Pennywise'a zasługuje na pochwałę.
Duży nacisk położono na scenografię. Filmowe Derry ma swój klimat małego miasteczka i o ile w filmie nie widzimy ruin fabryki Kitchnera, a kino Alladyn czy stacja pomp pojawia się tylko w  tle, to nadal jest to samo miasteczko skrywające mroczną tajemnicę. Jego mieszkańcy, tak jak w książce, wypierają informacje o koszmarze, który pożera ich dusze, są ślepi i głusi na potworne zło które czai się w kanałach pod ulicami miasta. Dom prze ulicy Neibolt i kanały pod miastem są kluczowymi lokalizacjami filmu i robią piorunujące wrażenie. To w nich rozgrywają się kluczowe sceny i przerażający finał w legowisku Tego. Muschiettiemu i jego ekipie udało się uniknąć pomyłek, które często niweczą kino grozy, a mianowicie zapanował nad klimatem i dawkowaniem grozy. Film powoli dawkuje nam kolejne epizody budujące klimat i poszerzające spektrum grozy. Nie zasypuje nas masą wymyślnych efektów CGI, ujęć i scen, ale często polega na klasycznych horrorowych zagrywkach wykorzystując je w najlepszy możliwy sposób. Dopiero w finałowej scenie pokazują do czego naprawdę zdolne jest To, w czym tkwi jego siła… a jednocześnie słaby punkt, który wykorzystują członkowie Klubu Frajerów.

W filmie wszystko służy fabule i nie znajduję w nim nic zbędnego. Ta konsekwencja i wszystko powyższe składa się na obraz filmu doskonałego, ale przecież takie nie istnieją. Jednak „To” zbliżyło się do tej doskonałości wystarczająco blisko, aby wróżyć filmowi sukces i z wypiekami na twarzy wyczekiwać kolejnego rozdziału koszmaru z Derry.
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: