Sztuka czysto amerykańska… czyli 3/3 Kinga.

1.

W 2003 roku – dwa lata przed Normanem Mailerem – ku zaskoczeniu wielu Stephen King otrzymał nagrodę za dorobek. Żeby nie było wątpliwości: literacki. Uzasadnienie odznaczenia „Medalem za Wybitny Wkład w Literaturę Amerykańską” brzmiało: „Pisarstwo Stephena Kinga jest głęboko zakorzenione w wielkiej amerykańskiej tradycji gloryfikującej ducha miejsca i niezmienną potęgę opowiadania. Tworzy on dzieła stylowe, niezwykle dobrze się czytające przekazujące, niektóre piękne, inne przerażające, głębokie moralne prawdy o naszym życiu duchowym. Nagroda upamiętnia zasłużone wysokie miejsce pana Kinga w wielkim świecie miłośników książki i czytelników w każdym wieku”.

To, że mały światek akademicki zareagował furią nie dziwi. Światek akademicki reaguje furią na każdego autora „dobrze się sprzedającego” (czytaj: „chętnie czytanego”) a im chętniej czytany, tym furia większa i… bardziej zrozumiała. Jeśli coś powoduje w tym światku gwałtowniejsze ataki gniewu to w proporcji: „tradycja ‘genius loci’” (ceniącemu się Amerykaninowi nie wolno pisać dobrze o ojczyźnie, tak jak nie wolno dobrze pisać o ojczyźnie Polakowi, to nie jest nasza narodowa specyfika), „niezmienna potęga opowiadania” (czyli nagonka na Sienkiewicza) no i „moralne prawdy”, nie mające prawa istnieć inaczej niż „inaczej”.

To, że na pomoc Kingowi ruszyła fantastyka naukowa (piórem Orsona Scotta Carda) też nie dziwi – fantastyka, o ile chce fantastyką pozostać, musi aspirować to tych właśnie, żadnych innych wad.

Pomocną rękę – co chyba bardziej zaskakujące niż dziwne – podał Kingowi także Roger Ebert, którego z literaturą raczej się nie kojarzy. I to nam wskazuje interesujący trop. Do jakiej bowiem nagrody (znacznie bardziej niż nagrody literackiej) pasowałaby przemowa wspominająca – pochlebnie! – „ducha miejsca”, „potęgę opowiadania”, „moralne prawdy”? Nie do Oskara przypadkiem?

Rozważana z pozycji znawców, literatura tym bardziej się „liczy” (cokolwiek może to znaczyć) im mniej w niej tego co powyżej i żaden kraj, żaden język, nie jest tu wyjątkiem, nawet amerykański angielski. Amerykańskiego Dashiella Hammetta jego własna partnerka życiowa, niezwykle wiarygodna „w kręgach” wpędzała do butelki wypominaniem, że pisze „byle co”. Amerykańskiego Hemingwaya przez klęską pisarską i finansową uratował międzynarodowy Nobel, a amerykańskiego Chandlera przed życiem stuprocentowego artysty, czyli w biedzie: amerykański Hollywood.

Literatura „narodu” czy też chętniej, „języka” ma różnić się od literatury każdego innego „języka” cechami najzupełniej drugorzędnymi. Kino zaś… kino także pod tym względem jest jej przeciwieństwem. Nazywane „jedyną sztuką prawdziwie amerykańską” odznacza się prawdziwie amerykańskim, godnym podziwu pragmatyzmem. Ma być znajomo, mają być dobrzy i źli, ma „się oglądać” nie zmuszając do myślenia, no, najwyżej troszeczkę, i – to przede wszystkim – ma przynieść dochód. Oskar swój prestiż zawdzięcza wyłącznie temu, że automatycznie zwiększa dochodowość, jest tak mocno dowiązany do „box office’u”, że doprawdy nie sposób powiedzieć, co jest ogonem, a co psem. Czego dobitnym przykładem „wymuszenie” na Akademii Oskara przez trzecią, najsłabszą przecież, część „Władcy Pierścieni”.

2.

Któż lepiej czuje się w świecie tych mocnych, sprawdzalnych wartości, wręcz obiektywnych przez swe zakorzenienie w tradycji niż pisarz, który za miarę talentu przyjmuje czek od wydawcy pod warunkiem, że ma pokrycie, a gotówką da się zapłacić rachunek za światło? Co więcej: pisarz, którego z Chandlerem, oprócz wielkiego szacunku dla rzemiosła, łączy sukces odniesiony właśnie w świecie filmu? Mechanizmy były wprawdzie inne, Chandler nigdy nie zarobiłby książkami tyle, ile zarobił scenariuszami, King nigdy nie zarobiłby scenariuszami tyle, ile zarobił książkami, ale rezultat netto okazał się identyczny.

Bo nie byłoby naszego Kinga – pisarza multimilionera – gdyby nie to, że opublikowaną po wielu wysiłkach, w pewnym momencie podpaloną (na szczęście rękopisy nie płoną) „Carrie” zekranizował (1976) Brian de Palma i ekranizacja ta okazała się hitem. Kasowym. Blisko trzydzieści cztery miliony dolarów zysku z rozpowszechniania w samych tylko Stanach, czyli osiemnastokrotność budżetu, to wynik, który nie musi przemawiać do wyobraźni. Wystarczy, że po prostu przemawia.

A potem już poszło z górki.

Oprócz gwarancji bezpieczeństwa finansowego film ma jeszcze ten walor, że obierając Kinga jak cebulę, demontując go i montując od nowa, pozwala zwrócić uwagę zarówno na słabości pisarza, jak i jego siłę, cokolwiek jest jedną lub drugą, według jakich kryteriów i w którym momencie.

Wściekli krytycy, którzy przy okazji wspomnianej wyżej nagrody nadali całości dorobku literackiego Kinga kwalifikację „penny dreadful”, co na język filmowy przekładałoby się luźno na „creature feature”, mają zaskakująco wiele racji. Wszelkiego rodzaju opowieści „z potworem” to temat na inną rozmowę zwłaszcza, że ani masowo, tanio wydawana XIX-wieczna brytyjska opowieść z dreszczykiem, ani film „z potworem” nie muszą być bardzo złe, a mogą być – i bywają – bardzo dobre. Dla nas w tej chwili znacznie ważniejsze jest co innego: naruszenie zasady Sturgeona. To, że znacznie mniej niż 90% filmów Kingowskich jest „g… warte” prowokuje do pytania: czy tak też jest z książkami?

3.

Pierwszy sposób, w jaki film radzi sobie z przekładem Kinga nie jest dla pisarza szczególnie pochlebny. Polega on na prostym wyżęciu wody z adaptowanej pozycji. I tu nie ma przykładu dobitniejszego niż „Martwa strefa” z 1983 roku, pozycja najbardziej chyba niedoceniana ze wszystkich produkcji „kingowskich”. Odpowiadają za nią jakże niedoceniany David Cronenberg, a przede wszystkim scenarzysta, Jefferey Boam u początku swej kariery. Tak, ten, któremu współzawdzięczamy „Zabójcze bronie” dwa i trzy, oraz „Indianę Jonesa i ostatnią krucjatę”.

Z „Carrie” należało mechanicznie wyciąć sztucznie dorobioną powieści „strukturę epistolarną”, a potem tylko przyhamować dzieło zniszczenia, by trochę potencjału zostało jeszcze małej Charlie Podpalaczce. „Martwa Strefa” była problemem trudniejszym: po kingowsku rozdęta o miszmasz wątków pobocznych została przez Boama drastycznie odchudzona. Robiony oszczędnie, film nie rozwodzi się malowniczo nad ogromem nieszczęść publicznych i prywatnych biednego świata i biednego Johnny’ego, nie hamletyzuje i nie filozofuje. W momencie, gdy Stillson chowa się za dzieckiem Sary, które powinno być też dzieckiem Johnny’ego, otrzymujemy de facto historię rodziny, która nie zaistniała, choć powinna i ciężar tej tragedii tłumi, jak powinien, wielkość możliwej tragicznej zagłady świata. To, o czym King mówi, jak to on porywająco (nie do końca maskuje to, niestety, słowolejstwo) albo w ogóle znika, albo przełożone zostaje na zadanie aktorskie. Ta rola Christophera Walkena, którą Harlan Ellison nazwał „simply mesmerizing” nie powinna zostać zapomniana. A została.

Odwrotne podejście przyjął sam King w scenariuszu „Podpalaczki” (1984) dla Marka L. Lestera i co z tego wynikło? Ckliwy banał plus efekty specjalne; coś, co dziś wielbiciele początków muzyki elektronicznej mogą dziś z łezką w oku oglądać jako teledysk do znakomitej muzyki Tangerine Dream. Taki „Blade Runner” dla duchem jeszcze uboższych.

Przykładem skrajnym „metody wyżymania” jest oczywiście potraktowanie „Lśnienia” (1980) przez Stanleya Kubricka, który wyżął powieść pod każdym praktycznym względem do sucha. Ma w tym oczywiście wprawę, podobnie potraktował przecież bestsellerowego pisarza SF, Arthura C. Clarke’a, tylko że Clarke przyjął ten nieprzyjemny zabieg po męsku, a King się na reżysera obraził. Każdy, kto czytał „Lśnienie” wie, o czym mówię: jest to może najsłabsza powieść Kinga z przeraźliwie tandetnym, hiperoptymistycznym happy endem. A także banalna opowieść o duchach i nawiedzonym domu, który w powieści, odwrotnie niż w filmie, ponosi zasłużoną karę. Wykonawcy wyroku na Źródle Wszelkiego Zła po wykonaniu tegoż konsumują należną im nagrodę; „Dobry Czarnuch” (odrodzi się w „Zielonej Mili”), „Silna Kobieta” i „Cudowne Dziecko”, opalają się na słoneczku. Przyznaję, że „Lśnienie” skończyłem z niesmakiem równym temu, z jakim zakończyłem lekturę „Mrocznej Wieży”. Film Kubricka może zaś budzić każde uczucie… z wyjątkiem tego. Operujący niedopowiedzeniami, więcej sugerujący niż wbijający w głowę, w odróżnieniu od wszystkiego, co napisał King otwarty (patrz „dzieło otwarte” z poprzedniego odcinka) dzięki Jackowi Nicholsonowi, niemal równie doskonałemu jak Walken w „Martwej strefie”, pozostaje w pamięci na długo po tym, gdy skończy się lista etatów. Czy „Lśnienie”, czy którakolwiek z książek Kinga żyje w odbiorze dłużej niż do ostatniej strony?

Może? Mnie się to nie przytrafiło.

4.

Pierwszy, opisany sposób przekładu Kinga na film, czyli wyżęcie literackiego oryginału jako pomysł jest raczej typowe choć bywa, że dzieło adaptowane jest tak doskonałe, że wyżąć się nie da i trzeba je raczej namoczyć (vide idący niejako kingowską drogą Cormac McCarthy). Drugi, z czasem coraz łatwiejszy, a jednocześnie bardziej radykalny polega ni mniej ni więcej niż na wyżęciu… Kinga z Kinga.

Zabawne, ale ten autor „penny dreadfuls” pozostawił po sobie tak obfity dorobek zaprzeczający tej klasyfikacji, że było z czego wybierać. Ze zdumiewająco dobrym skutkiem.

„Uciekinier” dał tego dowód wcześnie, jeszcze w 1987 roku i niezbyt dobitny. Na pierwszy rzut oka kino akcji ze wszystkimi jego wieloma wadami i nielicznymi zaletami, ten film, w zgodzie z objętościowo niewielką, wstrzemięźliwą powieścią Rucharda Bachmana, zaczyna się dobrze rozumieć dopiero wtedy, gdy zderzy się go z produkcjami prawdziwie kingowskimi, chociażby „Carrie”. Dyskutując o Kingu w 1989 roku (zapis tej rozmowy można znaleźć na płytach CD „Fantastyki”, w numerze 11 z 1989 roku, miałem odwagę zwrócić – i ówczesną opinię podtrzymuję – uwagę na fakt, że w gruncie rzeczy bardziej przejmująca jest opowieść o facecie, który walczy do końca używając siły mięśni i sprytu niż o dziewczynce, która walczy do końca używając sił nadnaturalnych, których w dodatku nie rozumie i nie kontroluje. Nie ma to związku z jakością filmów, że tak powiem, „jako takich”, bo przecież Glaser nie de Palma, zwłaszcza w pełni formy, raczej z zawartością „Kinga w Kingu”. Mało co zrobiło Królowi Stefanowi tak dobrze jak uderzeniowa dawka Bachmana.

„Wyżęcie Kinga z Kinga” polega, jak już pewnie wszyscy zrozumieli, na całkowitej rezygnacji z elementów umownie nadprzyrodzonych, uważanych za nieodłączne od jego twórczości. King piszący krótko i po prostu wprawdzie rzuca czar, ale taki, o który go nigdy nie podejrzewaliśmy.

Co widać bardzo dokładnie w oszczędnym, ciepłym, niegłupim choć prostym i bardzo filmowo amerykańskim „Stań przy mnie” z 1986 roku. Nie jest to dzieło, które zawdzięczałoby 91% (Rotten Tomatoes) pochwał wysiłkom scenarzysty, reżysera, aktorów czy – pożal się Boże! – facetów od efektów specjalnych. Chyba, że za wysiłek poczytać twórcom i odtwórcom wstrzemięźliwość oraz niezachwianą wiarę w literacki oryginał, a „efekciarzeom” ich błogosławiony brak. Czy nie znamienne jest, że tam, gdzie w motyw przyjaźni grupy nastolatków, trudnego dorastania na amerykańskiej prowincji i traumatycznego przeżycia pokoleniowego wciśnięto na siłę kingowską „cudowność” („Łowca snów”, 2003, nawet „To”, 1990) efekt jest znacznie, ale to znacznie gorszy?

Zresztą w stanie czystszym zaobserwować to można porównując ze sobą dwa filmy pozbawione cienia autobiografizmu, „więzienne”: „Zieloną milę” (1999) i „Skazanych na Shawshank”, (1994). Cudowność, by użyć słow Spike’a Lee, (który powinienem wiedzieć, co mówi na ten temat) „Magicznego Czarnucha”, takiego wioskowego idioty załatwiającego za białasów ich wydumane problemy i zawsze płacącego cenę, którą oni powinni zapłacić, zderza się z nie mniejszą, tyle że inną, jakby cenniejszą cudownością twardego charakteru. Pozostaje tylko ten pojedynek, bo pod względem walorów filmowych obie pozycje grają mniej więcej w tej samej lidzie. No, jak państwo sądzicie, co wygrywa? Drugiej szansy nie będzie, a tylko pierwsza odpowiedź się liczy.

5.

Teraz, kiedy King został już rozłożony na czynniki pierwsze, można zacząć go składać jak zegarek. Innym wzrokiem spojrzeć na pozornie tylko wszechobecną u pisarza cudowność, nawet jeśli jest tak mało cudowna jak potwornie cierpiący, zarażony wścieklizną pies w najbardziej pesymistycznej z powieści naszego autora „Cujo” (1983). Albo tak bardzo cudowna jak potwory i macki z „Mgły” (2007), której co prawda trzeba było poprawić zakończenie, by przemówiła z pełną, a od tychże macek odłączną, siłą.

Co nie zmienia postaci rzeczy: to wszystko, co dobre, a tu wymienione, w KINGU PISARZU było. Film niczego nie wynalazł, niczego nie stworzył sam z siebie, uzupełnił nam go tylko o pozostałą jedną trzecią, obnażając nieoczekiwaną jakość tego pisarstwa. Nie docierają do niej przede wszystkim ci krytycy, którym oburzenie komercyjnym powodzeniem padło na rozum… ile go mają. Czytelnikom, a przede wszystkim widzom, idzie to jakoś łatwiej.

Dzięki filmom, tym i jeszcze kilku innym, wiemy już przynajmniej tyle, że opłacony czekiem za książkę rachunek za światło jest naprawdę dobrym wskaźnikiem talentu. A to jest ważna i dobra wiedza. Można na niej budować.
 
Krzysztof Sokołowski
 
Artykuł, który ukazał się w magazynie Czas Fantastyki 4 (29) 2011. Jest też dostępny na blogu autora lapsuscalami.pl
Aktualności ze światów Kinga
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: