"Mroczna Wieża" to nie film naszych marzeń

"Mroczna Wieża" jest filmem, który łatwo krytykować. Niestety nie jest to film, na który liczyliśmy, a na pewno nie jest to film, który ja chciałem zobaczyć w kinie.  Nie przeszkodziło mi to jednak dobrze się bawić, a stosunkowo krótki seans minął bardzo szybki. Nie oszukujmy się, ekranizacja "Mrocznej Wieży" nie mogła być prosta bo największym problemem od zawsze był materiał książkowy, a podejście Stephena Kinga do ekranizacji jego twórczości wcale nie pomagało. 

Do filmu podszedłem z otwartym umysłem. Niestety, jakkolwiek bym się nie starał, nie jestem w stanie postawić się w roli widza, który nie zna książkowego pierwowzoru – to jest po prostu niemożliwe. Jako osoba, która książki zna bardzo dobrze miałem świadomość , że twórcy muszą pójść na wiele kompromisów. Oczekiwanie na seans mając świadomość tych potencjalnych kontrowersji nie było dla mnie łatwe. Wszyscy powinniśmy mieć świadomość, że to nie będzie proste, że film nie zadowoli wszystkich, bo zawsze znajdą się zagorzali fani, którzy życzyliby sobie ekranizacji strona po stronie, oraz "fani", którzy przeczytali książkę lub dwie i sami nie do końca wiedzą co by chcieli, ale na pewno nie to co zobaczyli (lub nie zobaczyli, bo nie będą oglądać gówna, ale opinię mają, bo przecież inni mocno krytykują), jednak nie spodziewaliśmy się aż takiej fali krytyki – moim zdaniem w dużej mierze niesłusznej!

Jako fan Stephena Kinga już dawno pogodziłem się z tym, że nie zobaczę filmu jaki chciałbym zobaczyć. Wszelkie nadzieje na widowisko pokroju "Władcy pierścieni" są mrzonką, która nie miała prawa się wydarzyć. "Mroczna Wieża" jako całość jest dużo bardziej skomplikowana w warstwie fabularnej i narracji. "Mroczna Wieża" to swoisty chaos, miks popkultury i bogatej wyobraźni pisarza, który bardzo zgrabnie posługuje się językiem literackim potrafiąc uzasadnić najbardziej kuriozalne wydarzenia czy wybory swoich bohaterów. W książce w pewnym momencie pojawia się ważne powiedzenie: "Wszystko służy Promieniowi". Promienie, Wieża, Strażnicy, Gan i Karmazynowy Król są ważnym elementem mitologii "Mrocznej Wieży", a to konkretne powiedzenie tłumaczy to co niewytłumaczalne, to co przez wielu określane jest jako Deus Ex Machina. I to było dobre, ja to akceptowałem i traktowałem jako integralną część świata książkowego, ale dlatego właśnie wiedziałem, że nie dostanę filmu wiernego powieści.

Kiedy pojawiło się światełko w tunelu i wytwórnia Sony podała pierwszą wiarygodną datę premiery, od razu pojawiły się pierwsze kontrowersje, bo w roli Rolanda obsadzony został Idris Elba. Początkowo, jak wielu innych fanów, zaniemówiłem, ale w przeciwieństwie do sporej grupy ochłonąłem dość szybko. Bo czemu nie? Pomijając liczne ilustracje i tłumaczenia pisarza, że wzorował się na spaghetti westernach, Clintcie Eastwoodzie, twierdzenia, że Roland musiałby być biały nie znajdują żadnego uzasadnienia. Równie dobrze możecie zarzucać twórcom filmu, że ich rewolwerowiec nie nosi kapelusza, bo na większości ilustracji ma kapelusz. Oczywiście wolałbym, aby role zostały odwrócone i Rolanda grał Matthew McConaughey, a Elba Człowieka w czerni – to byłoby coś. Jednak po obejrzeniu serialu "Luther" doszedłem do wniosku, że Elba doskonale nadaje się na małomównego, zdeterminowanego rewolwerowca.

Pilnie śledziłem informacje o planu filmowego i przyznaję bez bicia, że dla mnie to wszystko miało sens. Film miał być otwarciem, wprowadzeniem do nowego uniwersum filmowego. Zdecydowano, że nie będzie adaptacją, a swoistą kontynuacją - to naprawdę bardzo dobry pomysł, który dawał twórcom dużą swobodę w uporządkowaniu chaosu, który stworzył King, a ja ten pomysł kupiłem w całości. Ponadto już niemal rok temu powiedziano, że to ostatnia droga Rolanda do Wieży. Wszystko szło świetnie, nawet informacje przesuwaniu premiery, czy dodatkowych zdjęciach do filmu, nie były niczym niezwykłym, bo to zdarza się dość często. Zapowiadało się, że "Mroczna Wieża" będzie powrotem Kinga na ekrany kinowe i to w wielkim stylu. Na to liczyłem... aż do ostatniego tygodnia przed premierą, kiedy to ukazał się artykuł opisujący problemy z ekranizacją i opisujący konflikt pomiędzy producentami, reżyserem i studiem filmowym. Od tej pory film rozpoczął walkę z czasem, walkę o być albo nie być.
Film obejrzałem i z trudem powstrzymałem się od recenzji "na gorąco". Musiałem ochłonąć, przemyśleć za i przeciw, ułożyć sobie wszystko w głowie. Zacznę od tego, że cieszę się iż film trafił do kin. Gdybym miał pewność, że odczekanie jeszcze 5 lat oznaczałoby, że dostaniemy coś lepszego to bym poczekał, ale po prostu w to nie wierzę. Nazwijcie mnie pesymistą, ale uważam, ze film trafiłby w producencką nicość i zapewne utknął tam na dobre.

Zacznijmy od tego, że to nie jest film o ostatnim rewolwerowcu podczas epickiej wyprawy do mitycznej Mrocznej Wieży. To film o młodym chłopaku dręczonym przez niezrozumiałe dla niego sny o bólu i zniszczeniu, które okazują się wizjami wydarzeń z innego świata. Jake Chambers ma dar lśnienia, a jak wiemy ludzie, a w szczególności dzieci, obdarzeni takimi mocami, były w późniejszych książkach wykorzystywane przez sługi Karmazynowego Króla do niszczenia Promieni podtrzymujących Wieżę. W filmie Jake odkrywa, że jest śledzony przez stwory z jego snów przebrane w ludzkie niby-skóry. Uciekając przed nimi, przez tajemniczy portal, trafia do Świata Pośredniego, a tam spotyka tajemniczego rewolwerowca, który nawiedzał go w snach. Nie jest on jednak bohaterem na jakiego liczył, nie oferuje mu pomocy ani odpowiedzi – co więcej, on odtrąca chłopca na środku pustyni (!). Szybko dowiadujemy się, że Roland ma jeden cel: odnaleźć Człowieka w czerni, który zniszczył jego świat i odpowiada za śmierć najbliższych i wywrzeć na nim swoją zemstę. W wiosce Mannich, Jake staje w obronie Rolanda, którego zamiary i motywacja zostają zdradzone przez potężną Widzącą, szamankę plemienia, która stwierdza, że nie ma w nim już nic z rewolwerowca – pozostała mu tylko chęć zemsty. Nasi bohaterowie przenoszą się pomiędzy światami: Pośrednim i Kluczowym (czyli naszym), a tymczasem Człowiek w czerni za pomocą porwanych dzieci z mocami parapsychicznymi, próbuje zburzyć Wieżę. W końcu dochodzi do widowiskowej konfrontacji pomiędzy Rolandem, a armią Człowieka w czerni podczas, której Roland pokazuje swoje niemal boskie umiejętności posługiwania się bronią, które na ekranie wyglądają efekciarsko, ale są jak najbardziej uzasadnione. Na koniec jesteśmy świadkami jego pojedynku jeden na jeden z samym Walterem.

Aktorsko jest bardzo dobrze, bo nawet nieznany wcześniej Tom Taylor to strzał w dziesiątkę. To JEST Jake Chambers, nawet jeśli jego historia została dość istotnie zmieniona, a młody aktor świetnie wczuł się w swoją rolę. Obawy dotyczące Idrisa Elby okazały się całkowicie bezpodstawne - jest świetnym wyborem na Rolanda (hejtujcie ile chcecie, ale Clint Eastwood na pewno by nie podołał). Już po seansie miałem wątpliwości dotyczące zmian motywacji Rolanda. Wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do książkowego Rolanda skupionego na swoim celu, na dotarciu do Mrocznej Wieży. Jest tam tak zdeterminowany, że poświęca młodego chłopaka, tylko po to, aby zbliżyć się do celu. W filmie Wieża nie interesuje Rolanda. On nie chce ratować świata, bo dla niego świat jest już nie do uratowania. Stracił wszystko i wszystkich, których kochał, a architektem jego tragedii był Człowiek w czerni. Roland pała chęcią zemsty i pragnie tylko jego śmierci. Ta zmiana wydaje się niebagatelna, ale moim zdaniem wynika z tego, że my znamy wszystkie powieści i taki obraz Rolanda i jego celu mamy wyryty w podświadomości. Przypomnę tylko, że w pierwszym tomie, Roland ściga Człowieka w czerni nie przejmując się Wieżą. Chce zemsty za śmierć najbliższych, upadek Gilead w który zamieszany był czarownik. Pościg wcale nie jest "po drodze" do Wieży, a wręcz go od niej oddala. Można powiedzieć, że Człowiek w czerni odciąga Rolanda od jego prawdziwego celu.
Człowiek w czerni jest zły, mściwy i uwielbia bawić się ludźmi. Ma tę niezwykłą umiejętność, dzięki której jednym słowem potrafi narzucić swoją wolę, a jedynym odpornym na jego magię człowiekiem jest Roland. Nie wiemy dlaczego, nikt nawet nad tym się nie zastanawia, chociaż za każdym razem gdy Walter zwraca uwagę na Rolanda widać zagadkowy błysk w jego oczach (chyba sam nie wie czemu tak jest). Ponadto Walter ma do swojej dyspozycji armię Taheenów, Can-Toi noszących ludzkie niby-skóry, ludzkich służących i magiczne kule. Wszystko jest na swoim miejscu, chociaż ja tutaj wyraźnie posługuję się wiedzą z książek, bo nigdzie w filmie nie powiedziano, że ludzie też pracują dla Waltera, że ciamajdowaty facet dowodzący Devar Toi to Pimli Prentiss pochodzący z naszego świata. Głównym celem Człowieka w czerni jest zburzenie Wieży, zniszczenie bariery chroniącej multiwersum, wpuszczenie do środka potworów i rządzenie takim światem.

Role drugoplanowe pokazują całe spektrum aktorskich możliwości – od całkowitych porażek (Timmy, Pimli), ról niejasnych (Hotchkiss, Tirana) do za mało wyeksponowanych (matka Jake’a, Sayre) i całkiem niezłych (Arra). Nie wiem jaki sens miało obsadzanie w tych rolach rozpoznawalnych aktorów (Jackie Earle Haley, Katheryn Winnick), skoro nie wykorzystano ich potencjału. Być może (a jest to bardzo prawdopodobne), na pewnym etapie ich role miały być większe, ale cięcie filmu do krótszej wersji wymusiło ich wycięcie. Świadczy o tym chociażby fakt, że Katherynn Winnick towarzyszyła ekipie filmowej w RPA, gdzie kręcono sceny, które miały miejsce w Świecie Pośrednim, a w filmie występowała tylko w scenach w Nowym Jorku.

Jak widać w filmie zdecydowano się na wykorzystanie głównych wątków z pierwszego tomu sagi (pościg Rolanda za Człowiekiem w czerni), trzeciego "Ziemie jałowe" (wybrane wątki w postaci historia Jake’a) oraz siódmego "Mroczna Wieża" (Devar-toi, obóz Łamaczy mających doprowadzić do zburzenia Wieży). Scenarzyści wybrali potrzebne sobie elementy z książek i stworzyli swoją wersję tych wydarzeń zmieniając i przeinaczając niemal wszystko – niestety dość nieudolnie. Paradoksalnie, uproszczenie fabuły jest, moim zdaniem, jedną z największych wad filmu. Budżet 60 mln dolarów wydawał mi się dość spory, jednak okazało się że starczył tylko na 95 minutowy film (88 minut bez napisów końcowych). Z tego względu kompromisy na jakie poszli twórcy doprowadziły do spłycenia bogatego świata, który poznaliśmy w książkach.

W rezultacie twórcy dopuścili się trzech niewybaczalnych grzechów, których im nie odpuszczę. Pomimo tego, że film oceniam pozytywnie, to muszę o tym napisać wprost. Po pierwsze chodzi o Rolanda i jego motywację: stricte ludzką chęć zemsty. Jestem w stanie to zaakceptować, bo jak pisałem, jest to na pewnym poziomie (Wieży?) zgodne z motywacjami Rolanda z kart powieści. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć pogwałcenia jednej z najważniejszych zasad filmu dotyczących budowania postaci: wraz z posuwaniem się akcji do przodu, postać musi ewoluować, bohater musi przejść przemianę. Niestety, Roland od początku do końca jest taki sam, no może z wyjątkiem finałowej, ostatniej sceny filmu, ale to i tak nie spełnia kryterium, bo w tym momencie ma świadomość wykonania swojej misji. Postać Rolanda jest tak jednowymiarowa, że nawet aktorskie umiejętności Idrisa Elby nie są w stanie tego zamaskować. W filmie był przynajmniej jeden moment, który mógł (a być może miał) być punktem krytycznym dla tej postaci. Chodzi o scenę, w której bohaterowie we dwójkę powracają do Świata Kluczowego i w domu Jake’a odkrywają, że Człowiek w czerni już tam był. To jest wymarzony, idealny moment, w którym Roland powinien przejść przemianę identyfikując się z całkowicie osieroconym chłopakiem. Widać, że coś tam miało się zadziać, coś szło w kierunku relacji ojciec-syn o której czytaliśmy w książce, ale jednak zabrakło czasu aby tę relację odpowiednio wyeksponować, a przemiana Rolanda po prostu się nie dokonała, pozostało tylko jej echo zatarte przez szybko wprowadzony finał filmu.

Drugim niewybaczalnym grzechem, którego jako fan znający "Mroczną Wieżę", nie jestem w stanie wybaczyć to całkowite spłycenie mitologii tego uniwersum. Nie wiem w jaki sposób film miał wprowadzać do świata Wieży, jeśli całkowicie pominięto Promienie (chociaż są widoczne), nie wspomniano nic o Strażnikach Promienia. Z tego wszystkiego w filmie została tylko Wieża, ród Artura Elda, rewolwery wykonane z Excalibura, credo Rewolwerowców, powiedzenie "świat poszedł naprzód" i kilka mrugnięć okiem do widzów w stylu oka Karmazynowego Króla (w formie graffiti), logiem NCP (North Central Positronic), Sombra Corpotation czy Can-Toi w żółtym płaszczu. Nasz świat nazwany został Światem Kluczowym bez żadnego wyjaśnienia czemu tak jest (a Jake o to nie zapytał). Wiem, że wiele z tych rzeczy nawet nie pojawiło się w pierwszym tomie sagi (tym wydanym w 1982 roku), ale przecież dlatego właśnie, po 20 latach od jej wydania, King zdecydował się wprowadzić do niego poprawki i tuż przed wydaniem trzech ostatnich tomów, wprowadził na rynek rozszerzoną wersję, która wprowadzała podstawowe aspekty mitologii, w tym właśnie Promienie. Jak już wspominałem, książkowa saga to chaos i nierównomierne budowanie uniwersum, a przecież swoisty reset jakiego dokonali filmowcy dawał im nieograniczone możliwość naprawienia tych błędów. Sami zdecydowali, aby już w pierwszym filmie wprowadzić Łamaczy, a zburzenie Wieży uczynić główną agendą Człowieka w czerni. Jednocześnie zrezygnowali z jakiegokolwiek wprowadzenia mistycznej historii Wieży (poza kilkoma zdaniami). Jednak jeśli już pojawiły się Promienie (są widoczne na mapie, którą rysuje Jake oraz widać je podczas ataków Łamaczy), to nic nie stało na przeszkodzie by Łamacze, tak jak w książce, próbowali łamać Promienie. Zamiast tego, swoimi mocami wzmacnianymi przez urządzenia NCP, atakują Wieże (!). Nie rozumiem tej zmiany, tym bardziej, że w pierwszym zwiastunie wyraźnie pokazano atak uderzający w Promień. To luźne podejście twórców do mitologii, jej ograniczenie i spłycenie, jest dla mnie niewybaczalne i nawet argument czasu trwania filmu, chęci uczynienia filmu bardziej dostępnym dla widzów nie znających książek, mnie nie przekonuje.
Wystarczająco pastwiłem się już nad fabułą i postaciami. Czas na kwestie techniczne, a zacznę od warstwy wizualnej. Uspokoję was – jest spoko. Już zwiastuny pokazały, że zarówno wizualizacja postaci jak i Wieży jest całkiem w porządku. Jako fan ilustracji Michaela Whelana cieszę się bardzo, że filmowa Wieża bardzo przypomina jego wizję. Trochę nie pasowały mi niektóre kostiumy, na przykład kombinezon Sayer’a, czy goła klata Człowieka w czerni, ale można na to przymknąć oko. Oczywiście bardzo chciałbym widowiskowy film nadający się do emisji w kinach IMAX, jednak miałem świadomość, że budżet na to nie pozwoli. Dostałem całkiem poprawny wizualnie film, którego efekty komputerowe są na przyzwoitym poziomie. Muzyka Toma Holkenborga spełniła moje oczekiwania. Film ma swój motyw przewodni i w kilku dynamicznych scenach muzyka dodaje charakteru i niemal idealnie komponuje się z obrazem. 

Niestety, sam film jest… za krótki. I tu dochodzimy do ostatniego grzechu, za który odpowiada wytwórnia filmowa, którym jest brak wiary w ten projekt. Jakakolwiek nie byłaby prawda stojąca za tak krótkim czasem trwania filmu, nie uwierzę, że to co zobaczyliśmy, było planowane od początku. Bardziej wierzę w wersję, że z powodu wspomnianych wcześniej "dokrętek", potrzebne były dodatkowe pieniądze, których filmowcy nie dostali, a przez to musieli dopasować (po raz kolejny) film do budżetu. Przez to film skrócono, spłycono, wycięto wiele scen, które widzieliśmy w zwiastunach, ograniczono postacie lub całkowicie je wycięto  - jak chociażby Susan Delgado, w której roli obsadzono przecież Alex McGregor. 
Oberwać powinno się też autorom scenariusza i producentom. Głównymi architektami projektu są Akiva Goldsman i Ron Howard - dwa bardzo znane nazwiska. Goldsman ma na swoim koncie wiele scenariuszy, jednak w ostatnich latach jego projekty można delikatnie określić jako nietrafione ("Piąta fala", "Rings"). O ile spodobał mi się jego autorski pomysł na to, aby film był swoistą kontynuacją historii znanej z książek, to swoistą wisienką na torcie (zgniłą?) jego wyczynów jest jego scenariusz do filmu "Jestem legendą" (i to powinno dać nam do myślenia już dawno temu). Nie inaczej jest z Ronem Howardem; narażę się pewnie wielu osobom, ale uważam, że od "Pięknego umysłu" nie nakręcił żadnego dobrego filmu. Pod względem producenckim jego filmografia jest miksem przeciętności z przereklamowanymi ekranizacjami Dana Browna.

Niestety, za "Mroczną Wieżę" najbardziej obrywa się reżyserowi. O Nikolaj Arcelu głośno zrobiło się po sukcesie jego filmu "Kochanek królowej", a "Mroczna Wieża" miała być jego wejściem do Hollywood - dostał szanse, z której skorzystał. Mam jednak wrażenie, że powoli staje się kozłem ofiarnym całej tej sytuacji, jednak w przeciwieństwie do takiego Josha Tranka (reżyser filmu "Fantastyczna czwórka"), on cały czas roi dobrą minę do złej gry. Cóż – sam jest sobie winien.

Wina leży też trochę po stronie Stephena Kinga, ale w tym przypadku to nic nowego. Od zawsze znane jest jego podejście do ekranizacji filmowych. Pisarz szczyci się tym, że daje twórcom wolną rękę, chociaż sam ma tez prawo weta. Dla niego każda ekranizacja (może poza "Lśnieniem" Kubricka), jest świetna, a on zdaje się ślepy na wypaczenia, do których jego bezczynność prowadzi. Jak sam mówi "Książka jest książką – jej nic nie zaszkodzi", szkoda jednak, że nie wykorzystał posiadanych narzędzi do naprowadzania twórców na właściwe tory w przypadku ekranizacji swojego magnum opus.

Pomimo wielu uwag jakie mam do filmu, cieszę się, że trafił do kin. Obejrzałem go z zainteresowaniem i nie żałuję spędzonego czasu. Czuję jednak niedosyt i nie chodzi mi o ten nieszczęsny czas trwania filmu. Najbardziej bolą te wszystkie kompromisy, do których zmuszeni zostali twórcy filmu, bo przez nie w tej "Mrocznej Wieży" ostało się mało Wieży. Pomimo tego, że mój odbiór filmu był pozytywny, to jednak trudno jest go bronić. Od początku do końca popełniono wiele grzechów nad którymi trudno przejść do porządku dziennego. Materiał źródłowy, bez wątpienia, przebył długą i wyboistą drogę na wielki ekran, a w rezultacie dostaliśmy być może przystępny akcyjniak w nieskomplikowanym świecie fantasy (jeśli nie znacie książek) lub przygodę Rolanda i Jake'a w trochę wybrakowanym świecie książkowym.

Jako fan jestem zadowolony, i trochę zasmucony. W sytuacji, w której miałbym świadomość, że realizacja filmu zakończy się w taki sposób wolałbym jednak, aby zdecydowano się na ekranizację pierwszego tomu "strona po stronie" (może z małym stonowaniem stylistyki westernowej). Budżet byłby wystarczający, fani ukontentowani, a nowi widzowie wprowadzeni w świat kameralnym filmem dającym możliwość pokazania świetnych zdjęć, gry aktorskiej, a nawet efekciarskich umiejętności Rolanda w mieście Tull. Podjęto inną decyzję licząc na możliwość kontynuacji w postaci serialu i kolejnych filmów kinowych. Przez to wszystko dostaliśmy film nie rewelacyjny, ale chociaż poprawny. Dla mnie jednak ważne, że go dostaliśmy i szczerze mam nadzieję, że plany na przyszłość wypalą. Mam nadzieję, że serial ujrzy światło dzienne i naprawi grzechy filmu, dając chociaż nadzieję na kolejne filmy kinowe. Ja jestem w stanie dać kolejną szansę, jestem na to gotowy i mam też nadzieję, że wytwórnia w końcu uwierzy i zainwestuje w ten projekt tak jak on na to zasługuje.

Aby postawić się w konkretnym miejscu w gronie recenzentów, nie zasłaniając się półsłówkami, niedopowiedzeniami, nie chowając się za znajomością pierwowzoru - film oceniam na słabe 7/10 (słabe, ale zawsze 7). Film dostał ode mnie -1 za każdy grzech, którego nie mogłem wybaczyć.
Aktualności ze światów Kinga
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: