Sleeping Beauties - moth

"Misery" w Teatrze Kwadrat


Stephen King jest jednym z najchętniej ekranizowanych pisarzy i nie ma się co dziwić, bo nawet pomijając popularność nazwiska, jego twórczość jest pisana (jak sam mówi) wizualnym językiem, przez co łatwo przenosi się na ekran. Oczywiście teatr też jest medium wizualnym, jednak kluczowe pozostają różnice, które często uniemożliwiają (lub przynajmniej utrudniają) przeniesienie powieści na scenę. W przypadku Kinga takich prób było stosunkowo niewiele, a w porównaniu do adaptacji filmowych liczba przedstawień jest marginalna. Przez długi czas takie adaptacje teatralne były tylko ciekawostką (na przykład "Rage" wyprodukowane przez Shane’a Blacka) lub kompletną wtopą (broadwayowska "Carrie" z 1988 roku). Wiele zaczęło się zmieniać wraz ze zmianą wizerunku samego pisarza, który zaczął coraz bardziej oddalać się od horroru. Sam pisarz zaangażował się w musical "Ghost Brothers of Darkland County" wraz z Johnrm Mallencampem, który został bardzo ciepło przyjęty przez publiczność.

Czy twórczość Kinga nadaje się do teatru? Patrząc na tytuły adaptacji teatralnych z ostatnich 10 lat odpowiedź wydaje się prosta, choć niejednoznaczna. Mieliśmy bowiem adaptacje "Skazanych na Shawshank", "Dolores Claiborne", noweli "Ciało" oraz dwie adaptacje "Misery": Simona Moore’a z 2005 roku i późniejszą Williama Goldmana. Wynika z tego, że Kinga można wystawić w teatrze pod warunkiem, że nie są to horrory. Drugi aspekt, który rzuca się w oczy to fakt, że powyższe tytuły są chyba najbardziej rozpoznawalnymi tytułami ze względu na udane i szeroko popularne adaptacje filmowe.

W Polsce do tej pory można było obejrzeć jedynie dwa spektakle: "Misery" w 2006 (scenariusz Moore’a) oraz "Skazanych na Shawshank" w 2011 roku (pomijam "1408 – Seans ciszy" i "Lśnię" bo one jedynie inspirowały się twórczością pisarza). Pierwszej "Misery" nie widziałem, za to "Skazanych na Shawshank" obejrzałem dwa razy i wspominam tę sztukę bardzo ciepło. W Teatrze Syrena wybudowano wtedy cały blok więzienny, a w głównej roli widzów czarował Mateusz Damięcki.

"Misery" wystawiana przez warszawski Teatr Kwadrat była dla mnie niespodzianką, bo o przedstawieniu dowiedziałem się zaledwie miesiąc przed jego premierą. Od razu wpadło mi w oczy nazwisko scenarzysty Williama Goldmana, który jest autorem scenariusza do filmowej "Misery" (a ponadto legendarnego westernu "Butch Cassidy i Sundance Kid"). Szybko też upewniłem się, że nasza rodzima sztuka bazuje na dokładnie tym samym scenariuszu, który w 2012 roku zaadaptowany został na Broadway’u. Przyznam, że nazwisko Goldmana przyciągnęło mnie równie mocno jak Kinga. Wychowałem się na filmach takich jak "Maratończyk", "Wszyscy ludzie prezydenta" czy upiorne "Żony ze Stepford". Z kolei wspomniana "Misery" zawsze była przykładem, który pojawiał się w dyskusjach o udanych adaptacjach filmowych Kinga. Scenariusz na swój reżyserski warsztat wziął też nie byle kto, bo Robert Gliński zachwycił chociażby filmem "Cześć Tereska".

Przejdźmy może do samej sztuki, która wystawiana byłą na scenie kameralnej Teatru Kwadrat. Jak się okazało, scena kameralna rzeczywiście jest – kameralna. W piwnicznej sali teatru, w dwóch sektorach, pomieścić się może zaledwie 100 widzów. Sektory usytuowane są naprzeciw siebie i oddzielone są główną sceną. Jak się okazało klaustrofobiczna sala świetnie pasowała przyjętej w sztuce konwencji, a na samej scenie nie było miejsca na rozmach. Książka i film (oraz sztuka Simona Moore’a) rozgrywa się w kilku lokalizacjach. Adaptacja Goldmana ogranicza się jedynie do dwóch pomieszczeń i podwórza domu Annie Wilkes. Główną część sceny zajmuje pokój, w którym rozgrywa się większość scen i który jest swoistą więzienną celą dla głównego bohatera. Drugie kluczowe pomieszczenie to kuchnia, która od pokoju oddzielona jest fikcyjną ścianą. W rzeczywistości całą scenografię oparto na domyśle, że te ściany istnieją, mamy tu tylko zarys pomieszczeń, nawet drzwi bez okien i wypełnienia. Dzięki temu widzimy wszystko co dzieje się w pokoju, gdzie przetrzymywany jest Paul Sheldon, w kuchni, w której krząta się Annie oraz przed samym domem, do drzwi którego puka szeryf Buster. Przyznam, że bardzo mi się to podobało, tym bardziej, że ze swojego miejsca, w sektorze B, aktorów miałem na wyciągnięcie ręki.

Piotr Polk bardzo udanie wciela się w Paula Sheldona. Rola raczej nie była wymagająca fizycznie, bo bohater głównie leży w łóżku lub siedzi na fotelu inwalidzkim, ale dzięki temu pozwala skupić się na przekazaniu pełnej puli emocji uwięzionej postaci. Przekonał mnie całkowicie, każdy chciałby uciec z pokoju, który kojarzyłby się z taką ilością bólu, ale gama przekazywanych emocji nie ograniczała się jedynie do bólu, widoczny był też frustracja, rezygnacja, gniew i złość. Sheldon w jego wykonaniu budzi się w obcym miejscu i bardzo powoli zdaje sobie sprawę ze swojego trudnego położenia. Początkowo poddaje się obcej kobiecie, która obiecuje mu pomoc, ale szybko okazuje się, że jego sytuacja jest przynajmniej skomplikowana, a im więcej czasu mija, staje się coraz bardziej dramatyczna.

O ile Sheldon w wykonaniu Piotra Polka wypada świetnie, to jednak scena w "Misery" należy do Annie Wilkes, w którą wciela się Ewa Wencel. Jej rola to dla mnie druga (po scenografii) największa niespodzianka w tej sztuce. Filmowa Annie w wykonaniu Kathy Bates (nagrodzona za tę rolę Oskarem), tak zapada w pamięć, że każda następna próba zmierzenia się z tą postacią, jest skazana na porównania z filmową wersją. Przyznaję, że spodziewałem się nieudanej próby odtworzenia roli Bates, nieudanej tym bardziej, że Ewa Wencel nie pasuje do wyobrażenia Annie Wilkes jakie miałem w głowie. Spodziewałem się kalki, a dostałem nową Annie Wilkes. Brawa dla świetnej aktorki, która na swoich barkach udźwignęła tak skomplikowaną postać, tchnęła w nią świeżość jakiej się nie spodziewałem. Pierwsza różnica wynika z tego, że zawsze uważałem, iż Annie w wykonaniu Kathy Bates, mogłaby walczyć na arenie z niedźwiedziami, a na deskach teatru zobaczyłem drobną i pozornie delikatną kobietę. Początkowo jej fizyczność nijak nie pasowała mi do tej postaci, szybko jednak dotarło do mnie że ta kruchość jest pozorna. Ta teatralna Annie potrafiłaby psychicznie sterroryzować każdego. W jednej chwili jest cicha i spokojna, niemal wycofana, aby już po chwili, gdy usłyszy jedno słowo klucz, wybuchnąć w niesamowicie ekspresyjny sposób. Nie chodzi tu o krzyki czy agresję fizyczną (chociaż kilka takich scen znajdziemy), ale o psychiczny terror, zmianę wyrazu twarzy i sposobu mówienia. Niemal urocze są sceny, w których żyjąc w swoich urojonych fantazjach niemal flirtuje z bohaterem, niczym młoda dziewczyna wyznaje, że go kocha. Kilkakrotnie widać jak jej postać się na chwilę "zawiesza", tak jakby jej osobowość wycofywała się, aby za chwilę powrócić w niemal demonicznym obliczu. Dzięki temu nie mamy wątpliwości, że grana przez nią postać jest po prostu chora psychicznie wręcz szalona.

W tym kameralnym przedstawieniu pojawia się jeszcze jedna postać – szeryf Buster, w którego wciela się Marcin Piętowski. Ponownie przed oczami miałem filmowego Richarda Farnswortha i ponownie miło się zaskoczyłem. Nie jest to rola ikoniczna, ale ma w przedstawieniu swoje miejsce i jest ważna. Szeryf pojawia się mniej więcej w połowie przedstawienia, kiedy bohater zdaje sobie już sprawę, w jakiej sytuacji się znajduje (oczywiście wszystko zmierza ku gorszemu, ale tego chyba nie chce podejrzewać). Buster w wykonaniu Piętowskiego ma dwie płaszczyzny – z jednej sprawia wrażenie takiego śmieszka, który pojawia się, aby rozładować troszkę emocji. Z drugiej strony jego każdorazowe pojawienie się jeszcze bardziej eskaluje napięcie, które mamy na scenie. Aktor bawi się rolą szeryfa z małego miasteczka budząc tym uśmiech na twarzy, ale my przecież za każdym razem widzimy więcej, bo mamy ogląd całej sceny, a w szczególności pokoju, w którym Annie szybko podaje Paulowi środki usypiające.

Niewątpliwie postać Annie Wilkes jest bardziej rozbudowana w książce i filmie. Poznajemy tam jej historię, a co najważniejsze Paul utwierdza się w swoich przypuszczeniach dotyczących jej prawdziwego oblicza. W naszym przypadku niemal całkowicie zrezygnowano z historii postaci ograniczając się jedynie do kilku zdań o pracy w szpitalu, małżeństwie i relacji z matką. Czy to przeszkadza? Jeśli podejdziemy literalnie do pierwowzoru to zapewne tak, jednak w przyjętych na potrzeby teatru ramach całkowicie wystarcza to co widzimy. Nie mamy wątpliwości, że Annie jest szalona, nie mamy wątpliwości, że to musi skończyć się źle i nie potrzebujemy do tego dodatkowej warstwy fabularnej. Wszystko to mamy przed oczami.

W przedstawieniu zrezygnowano nie tylko z tła historycznego dotyczącego Annie, ale też z wielu innych scen, które rozbudowywały tło (wizyty Annie w mieście), czy uwiarygadniały fabułę (nie, nie każdy pisarz potrafi otworzyć zamek w drzwiach za pomocą wytrychu). Czy są to rzeczy, które utrudniają odbiór sztuki? I ponownie znajdą się osoby, które mogą narzekać, ale dla mnie ta konkretna sztuka opiera się głównie na emocjach pomiędzy bohaterami i eskalacji napięcia, a to niewątpliwie się udało i całkowicie mnie kupiło. Może i nie wykorzystano wszystkich dostępnych w nowoczesnym teatrze środków przekazu, ale mi w zupełności to wystarczyło. Była muzyka i przestrzenne efekty dźwiękowe. Dość często wykorzystywano zaciemnienie – zarówno w momentach gdy trzeba pokazać upływ czasu, jak i w kilku kluczowych, których w pełnym świetle nie można było wiarygodnie pokazać (jak chociażby scena kulawienia). Kameralna sala, pomysłowa scenografia, świetne aktorstwo i dużo napięcia sprawiło, że sztuka mi się spodobała, nawet bardziej niż dużo bardziej rozbudowani "Skazani na Shawshank".

Podsumowując, "Misery" na deskach Teatru Kwadrat trzeba zobaczyć. Nawet jeśli nie jesteście częstymi bywalcami teatrów i bardziej przemawia do was kino, to dajcie szansę tej sztuce. Nie powinniście się zawieść. Ja szczerze polecam.

PS.
Mam nadzieję, że te kilka niewyraźnych zdjęć da wam dobry obraz jak to wyglądało i zachęci do odwiedzenia teatru.
Aktualności ze światów Kinga
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: