Kres nocy

Nie warto się oszukiwać – Stephen King będzie pisarzem nieznanym dopóki jego powieści nie zadomowią się na polskim rynku. Prędzej czy później dzień ten z pewnością nadejdzie, nie zanosi się jednak na to, by nadszedł szybko (mimo to, że „Carrie” i „The Shining” są już w tłumaczeniu). Na razie szalona liczba czterech (!) rozproszonych po czasopismach opowiadań to wszystko, czym dysponuje nie znający języków obcych czytelnik. Blok materiałów opublikowany przeze mnie w miesięczniku „Fantastyka” (nr 1, 1988) nie zmienia sytuacji w znaczący sposób. Podobnie popularność filmów, które powstały w oparciu o prozę Kinga. Nie ma się co oszukiwać, jest on znany z przeróbek. A zatem pozostaje nieznany.

#

Oto doprawdy dziwna sprawa. W najśmielszych snach i najgorszych koszmarach nie pojawiła mi się nigdy wizja spotkania poświęconego pisarzowi, o którym nie wie się nic. Najwyraźniej po raz kolejny nie doceniłem ludzkiej ciekawości, a być może także ludzkiego pragnienia wiedzy. Cóż począć z tą niespodzianką? Być może najlepiej będzie wylać na rozpalone głowy przyszłych wielbicieli Kinga zimną wodę faktów przedstawiając zarówno jego twórczość, jak i kontrowersje, które twórczość ta budzi.

Debiutancka powieść Kinga „CARRIE” jest zapewne najdziwniejszą z jego powieści. Wycinki z gazet, fragmenty listów, cytaty z książek i opracowań, słowem wszystko to, co krytycy określają mądrze brzmiącym terminem „struktury epistolarnej” bynajmniej nie ułatwiają lektury. Przez kilka pierwszych stron książki trzeba przebijać się niemal siłą, choć pisarz stara się bardzo, by od razu zainteresować czytelnika. Stosuje tu sposób najprostszy, najskuteczniejszy i – jeśli można się tak wyrazić – najtańszy. Z miejsca odwołuje się do stereotypu powieści fantastycznej. „Nikt nie był na serio zaskoczony tym, co się zdarzyło, przynajmniej podświadomie, bo gwałt rodzi się w podświadomości”. Carrie White, brzydkie kaczątko, ofiara okrutnych, szkolnych dowcipów tym różni się od pogardzających nią kolegów i koleżanek, że ma dartelekinezy. Dowiadujemy się o tym jeszcze przed poznaniem bohaterki( z fragmentu depeszy korespondenta opublikowanej w lokalnej gazecie.

Donosi on o niezwykłym wypadku. W małym miasteczku Chamberlaine (stan Maine) na dach domu wdowy mieszkającej z trzyletnią córeczką spadł z jasnego nieba deszcz kamieni.
„Carrie” zapoczątkowała dyskusję, która, choć dziś już nie tak gwałtowna, daleka jest ciągle od rozstrzygnięcia. Toczy się ona wokół fundamentalnego, wydawałoby się pytania, na które nikt nie umie zadowalająco odpowiedzieć. Pytanie to brzmi: ”Czy King umie pisać?”.
 
#

Co to znaczy „umiejętność pisania” nie sprecyzował jeszcze nikt. Wydaje się jednak, że tym, co irytuje krytyków, jest między innymi jego styl, zaprzeczający konwencjonalnym pojęciom dobrego smaku. Współautor „Talizmanu” Peter Straub, doskonały pisarz i „arbiter elegantiarum” w dziedzinie horroru stwierdza z nie dającą się ukryć sympatią: „Pojęcie „dobrego smaku” nie ma dla Kinga najmniejszego znaczenia, bez strachu potrafi on być hałaśliwym i wulgarnym. Prezentuje strach bez finezji (…) Pisze stylem, który nie jest w najmniejszym stopniu literacki, wręcz przeciwnie, jego cnotą jest kolokwializm i przejrzystość. Styl ten zniża się do brutalnych żartów i wznosi na wyżyny liryzmu, lecz tym, co uderza najbardziej jest to, że porusza się on w rytmie myśli. Jest niezwykle bezpośredni”. By nie poprzestać na tej jednej opinii, posłuchajmy także samego Kinga. Mój styl, twierdzi on „jest literackim odpowiednikiem Big Maca i dużych frytek od MacDonalda”.

Bardzo wyrafinowani krytycy potrafiliby to może jeszcze wybaczyć. Prawdziwym kamieniem obrazy jest jednak fakt: Stephen King zdecydował się na pisanie HORRORÓW.
 
#

Gdyby mogli, oskarżyciele Kinga zapewne pożyczyliby od Macieja Parowskiego sformułowanie najlepiej, ich zdaniem, nadające się do opisania horroru: „literatura pięciu palców”. Szybkie, ale nieco mechaniczne pieszczoty (język ulicy nie przeszkadzający w odbiorze toczącej się błyskawicznie akcji), niewyrafinowane drażnienie sfer erogennych: epatowanie brutalnością, gwałtem, strachem; krótkie spełnienie, po którym zamyka się książkę z ulgą, że nie mieszka się w pobliżu żadnego cmentarza – tak, na pierwszy rzut oka wyglądają książki Kinga. Z „CARRIE” pamięta się przecież przede wszystkim orgię zniszczenia spowodowaną „czarodziejskim” darem telekinezy, „seksualność” tej powieści, pisanej przez „szowinistyczną męską świnię” nie umknęła oczu uważnych feministek. „SALEM’S LOT” jest powieścią o wampirach, „THE  SHINING” – o duchach. W każdej z nich „czarodziejskość” nierzeczywistej grozy jako pierwsza zapada w pamięć. „THE STAND” trudno już określić jednym słowem, w związku z tymf nie całkiem niesłusznie, nazywa się ją „epicką, fantasy”. Choć bowiem jej akcja nie dzieje się w wymyślonej krainie lecz współczesnej Ameryce, choć siedzibą zła nie jest Mordor, lecz Las Vegas, a w walce nie stosuje się magii i czarów, lecz ładunki wybuchowe i głowice jądrowe – to przecież tak, jak „Władca Pierścieni” Tolkiena „The Stand” mówi o wiecznym, apokaliptycznym starciu Dobra ze Złem, o walce tych dwóch niezmiennych sił i o świecie, którego obrońcami są ci najmniej powołani do odgrywania roli bohaterów i najsłabsi. „THE DEAD ZONE” opowiada o człowieku, który potrafi rozpoznać przyszłość czekającą każdego, dotykając go po prostu ręką. Charlie McGee, bohaterka „FMRE STARTER” niczym najprawdziwsza, archetypiczna czarownica, włada ogniem. „CUJO”, dobroduszny, dziewięćdziesięciokilowy bernardyn, owładnięty zostaje prze z diabła i staje się psem-mordercą. „CHRISTINE”,  stareńki Plymouth Fury, piękny samochód będący niemal symbolem niewinnej Ameryki lat 50-tych, rządzi swymi kolejnymi właścicielami. Jeszcze przed publikacją „PET SEMATARY” zdobyło sławę książki, która jest „zbyt straszna, by ją czytać”. Wracają w niej do życia trupy domowych zwierząt, a także trupy ludzi. Jack Sawyer z „THE TALISMAN” porusza się niemal bez ograniczeń między dwoma światami – dzisiejsza Ameryka jest „Królestwem Ciemności”, Terytoria są jej alter ego, krainą „niewinnego dobra” (tu znów ukłon w stronę fantasy). Gdyby próbować określić jednym słowem, co w twórczości Kinga wydaje się być tak atrakcyjne dla „niewybrednego”, „masowego” czytelnika – takiego, jakim widzą go na ogół krytycy, słowo to brzmiałoby prawdopodobnie „CZARY”.  Z brzmienia i z konotacji tego słowa pisarz zdąje sobie zresztą doskonale sprawę, umieszczając (jako teoretyk) horror w pobliżu fantasy i wymieniając jednym tchem te dwa, tak pozornie różne, podgatunki literatury fantastycznej.

Jeśli zdecydowalibyśmy się poprzestać na tym, co tu właśnie powiedzieliśmy, mielibyśmy przed oczami jasny i prosty obraz cwanego „paperbackwritera” cynicznie żerującego na strachu, kompleksach i frustracjach jednostek i społeczeństwa. Ale…
 
#

Posłużmy się  przykładem  znanym.  „BALLADA  O  CELNYM STRZALE” jest przecież także – pozornie – opowieścią o szaleństwie i opowieścią o morderstwie. Także, ale nie wyłącznie. Mimo wszystko jest w niej przecież jakiś obraz Ameryki widzianej oczami Amerykanina, dostrzegającego strach przed cywilizacją, obojętność na ludzkie nieszczęście, niepewność sukcesu… Zgoda, obraz ten jest niepełny, fragmentaryczny, kaleki – ale trzeba go zauważyć. Nawet to opowiadanie nie istniałoby jako literacka całość bez związania z rzeczywistością, podczas, gdy w „normalnym” horrorze rzeczywistość jest zazwyczaj tłem akcji i pretekstem do przedstawiania potworów. Oczywiście wyłącznie na przykładzie jednego opowiadania nie damy rady rozstrzygnąć, czy o popularności Kinga świadczy tylko i wyłącznie umiejętność straszenia czytelnika bez żadnych poniesionych przez niego wysiłków, czy też ten właśnie szczątkowy czasami, lecz zawsze obecny, stereotypowy acz czytelny związek z rzeczywistością. Wielu przecież wierzy jeszcze, że dla Kinga typowa jest „bokserska” gra na uczuciach: silne uderzenie w brzuch, poprawka poniżej pasa i najdosłowniejsze rzucenie czytelnika na kolana.

„CARRIE” – czy jest to tylko opowieść o czarach? Czy nacisk akcji położony jest rzeczywiście na niszczącym, „nadprzyrodzonym” darze telekinezy? A może jest właśnie tak, jak to w dziesięć lat po wydaniu tej powieści tłumaczył King w „DANCE MACABRE”: „Książka ta próbuje opisać samotność dziewczynki, desperacki wysiłek, jaki podejmuje, by stać się częścią społeczności, w której musi żyć i klęskę tych wysiłków. Jeśli w ogóle mówi ona o czymś /…/ to tylko o tym, że szkoła jest siedliskiem bezdennego konserwatyzmu i bigoterii…”

I to jeszcze nie wszystko. „CARRIE” nie jest wyłącznie skrzyżowaniem „powieści szkolnej” z horrorem. Jest w niej także opis fascynującej Kinga w ciągu całej jego pisarskiej kariery amerykańskiej prowincji. Amerykański czytelnik zapewne nie zauważa tego świadomie, czytając oddycha jednak powietrzem, którego smak doskonale zna. By dać mu jeszcze coś równie znajomego, na czym mógłby poćwiczyć on swą wyobraźnię, realizuje King w „Carrie” banalny wątek baśniowy: wątek brzydkiego kaczątka, które na moment przed finałowym szaleństwem destrukcji staje się pięknym łabędziem i motyw Kopciuszka, za sprawą czarodziejskich sił przemieniającego się w (straszną) królewnę. A że brak happy endu? „Kiedy pisałem tę powieść czułem, że jestem bogiem, że sam kształtuję los Carrie. (…) W prawdziwym świecie być może zaczęłaby od nowa –  tylko, że dziewczynka, która była prototypem Carrie dostała ataku epilepsji sama w swym mieszkaniu i udławiła się własnym językiem”.

Dość to skomplikowane jak na jeden horror, prawda?

Pod względem komplikacji stosunków łączących fantazję z rzeczywistością „Carrie” wcale nie jest tak bardzo wyjątkowa. W następnych powieściach Kinga przysłonięty wyobraźnią obraz prawdziwego świata nie skryje się już na strychu – będzie wyglądał każdym oknem. Obejrzyjmy go, korzystając z życzliwej pomocy autora.
 
#

„SALEM’S LOT” – na pozór prosta opowieść o wampirach, wyraźnie wzorowana na „Draculi” Brama Stokera, nie jest wcale taka prosta. To, że sam wampir pojawia się po raz pierwszy mniej więcej w jednej czwartej długości powieści, by później zniknąć i pojawić się fizycznie jeszcze tylko raz, nie wynika bynajmniej wyłącznie z prób uczynienia go „jeszcze bardziej strasznym”. Pomaga raczej w wydobyciu na światło dzienne wyraźnego opisu małego miasteczka. „Tak wiele jest w Maine małych miasteczek” – pisze King – „miasteczek tak osobnych, że niemal wszystko może się w nich zdarzyć. Traci się z oczu ludzi, ludzie znikają, a być może nawet powracają jako żywe trupy?   (…) Ludzie z zewnątrz myślą, że te małe miasteczka są zawsze takie same, że się nigdy nie zmieniają. Sądzą, że jest to rodzaj śmierci, choć nazywają go „tradycją”, bo to po prostu brzmi grzeczniej. (…)

Oczywiście jest wiele rzeczy, których ludzie z zewnątrz nie potrafią dostrzec, a nawet jeśli potrafią, nie chcą ich widzieć”.

Po raz drugi, lecz przecież nie ostatni, King zabiera głos w dyskusji o amerykańskim micie – micie cichej i spokojnej prowincji, przeciwstawionej immanentnemu złu wielkiego miasta, z taką pasją opisywanego przez wielu równie jak on popularnych pisarzy, W „THE SHINING” weźmie na warsztat inny z amerykańskich archetypów: strach przed klęską, przed niemożnością osiągnięcia sukcesu, który jest jedynym miernikiem wartości człowieka: Jack Torrance był przecież lubianym przez uczniów nauczycielem i powoli zdobywającym powodzenie pisarzem, za którym jak cień szło widmo dzieciństwa, zatrutego przez gwałtowność ojca – pijaka. „THE STAND” – to epicka fantasy, powstała także z obserwacji współczesnych faktów, co przenikliwie zauważył Douglas Winter, autor najlepszej poświęconej Kingowi książki. „Dążymy do szczęścia, wierzymy w postęp, materializm i doskonałość nauki, ale wątpimy w sukces, w naszą siłę, w nas samych. Patrząc na wieczorne wiadomości telewizyjne, zastanawiając się nad kształtem społeczeństwa, kwestionujemy niezawodność motorów postępu. (…) Inflacja i zbrodnia szaleją, reaktory grożą awarią, dyplomaci są zakładnikami w dalekich krajach – nasze wątpliwości stają się coraz gwałtowniejsze. I o tym rodzącym się strachu mówi „The Stand” – powieść o Ameryce spustoszonej przez zarazę, w której nieliczni ocaleni prowadzą walkę o wzór życia, kształt humanitarnej cywilizacji. Horror „The Stand” bierze się już nie z częstej u Kinga obecności potworów, lecz znacznie straszniejszej obserwacji rzeczywistości – choćby skutków choroby popromiennej. „Znajdował się w jej ostatnim stadium. Nie miał włosów. Z porwanych rękawów koszuli wystawały ręce pokryte otwartymi, cieknącymi ranami. Z otwartych ran na twarzy płynęła krew i widać było tylko jedno, niebieskie oko patrzące na świat z wyrazem żałosnej inteligencji”. Wystarczy? Oto zombie z rzeczywistego horroru.
 
#

W „The Dead Zone” i w „Firestarter” zaatakował King temat współczesnej Ameryki z innej strony. „Martwa strefa” jest analizą amerykańskiego kompleksu polityki – bohaterami są na równi posiadający niezwykły talent odczytywania przyszłości Johnny Smith (amerykański Jan Kowalski) i przebojowy kandydat na prezydenta, mogący w przyszłości doprowadzić do zagłady świata, kandydat, który w chwili zamachu chowa się przed kulami zamachowca używając jako tarczy… stojącego w pobliżu małego dziecka. Podobny obraz polityki otrzymujemy w „FIRESTARTER”, której akcja obraca się mniej wokół dziewczynki – pirokinetyczki, a bardziej wokół działalności „Firmy” („The Shop”) – tajnej, rządowej agencji wyraźnie wzorowanej na CIA, przedstawionej jako biurokratyczny, złowrogi kolos z wyraźnym, widocznym w opisach jej istoty zacięciem „kafkowskim”. „Firma”, używająca ludzi jako królików doświadczalnych, podsłuchująca, aresztująca bez dowodów i w końcu sama nieświadoma własnych motywów ukrytych gdzieś, w lawinie wypisywanych przez biurokratów papierów jest do końca wcieleniem zła z amerykańskich koszmarów lat 70.

I jest wreszcie „CUJO” – najbardziej chyba przeraźliwie pesymistyczna z książek Kinga i być może najmniej udana. Raz jeszcze miejscem akcji staje się prowincja: fikcyjna mieścina Castle Rock w rodzinnym stanie Kinga, Maine. Raz jeszcze pojawi się, potwór, wcielony w najbardziej chyba dobrodusznego z psów: wielkiego, poczciwego, kłapouchego bernardyna – mordercę. Raz jeszcze horror zawładnie wyobraźnią czytelnika, który być może nie zechce zwrócić uwagi na skomplikowane związki łączące bohaterów: agenta reklamowego Vica Trentona, który, wzorem wszystkich szczęściarzy, zdołał wyrwać się  z piekła wielkiego miasta na cichą prowincję tylko po to, by stać się pośmiewiskiem w skali kontynentu jako autor sloganu reklamującego niejadalne płatki śniadaniowe, jego starzejącej się, znudzonej  żony… Różne są rodzaje niewoli, którą opisuje w „Cujo” King: jest niewolą rozpadające się małżeństwo, ekonomiczne uzależnienie, psujące się samochody – nie tylko strach przed oszalałym psem. Taki jest już ten świat, który oglądamy dzięki temu, że nadnaturalność horroru pozwala nam przyjrzeć się mu z dystansu. Zapewne najlepiej ujmuje to fragment „Cujo”: „Być może nie byłoby od rzeczy podkreślić, że zawsze chciał być dobrym psem. Próbował robić wszystko, czego wymagali od niego jego PAN, jego PANI, a przede wszystkim jego CHŁOPIEC. Gdyby zechcieli, zginąłby dla nich. Nigdy nie chciał nikogo zabić. Został ofiarą przeznaczenia, losu, a może po prostu choroby…”. Zło – motor horroru – jest w tej powieści najzupełniej przypadkowe, singularne, zewnętrzne i wprowadzono je w materię książki tylko po to, by z pewnej perspektywy obserwować świat, który byłby tak samo bezsensowny nawet wtedy, gdyby Cujo nigdy nikogo nie zamordował i zmarł ze starości jako wierny, opłakiwany przez wszystkich przyjaciel.

#

Wystarczy! Rozmowy o „Pet Sematary”, o „Christine” i „The Talisman” możemy sobie zostawić na później. Z obrazu, który otrzymaliśmy, powinniśmy móc już wnioskować o tym, na czym w istocie budowana jest popularność Kinga i o tym, o czym naprawdę umie on pisać. O tym, jak wygląda jego „podróż do kresu nocy”.

Po co zaczyna się tak niebezpieczną wędrówkę? „NOC” jest symbolem tego, co nieznane, ciemnych sił rządzących światem z podziemia, sił nieznanych i nie opisanych. „Zwykły” horror, jeśli można użyć tego wyrażenia, pokazuje te siły w  całej ich potędze, skupia się na tym, by ukazać mechanizm ich działania przy pomocy bardzo konwencjonalnych symbolów: wampirów,  żywych trupów, macek, które tak łatwo jest wyśmiewać.

Siłą Kinga, jak wynika z tego, co staraliśmy się tu pokazać, jest to, że potrafi on pójść o krok dalej i uświadomić nam skutki działania tych sił. Macki, potwory i zombie nigdy nie są prawdziwymi bohaterami jego książek, bohaterami tymi są ludzie i społeczność, którą „NOC” potrafi rządzić nie tylko dlatego, że jest aż tak potężna, ale dlatego, że rzeczywisty świat wyjątkowo łatwo poddaje się władzy ciemnych sił. Charakterystyczne, jak nadzwyczaj rzadko oferuje King happy end, choć kresem nocy jest świt, spędzający demony z pola walki. Często zatrzymuje się o krok od szczęśliwego zakończenia i czyni to by oferować swym czytelnikom swoiste „oczyszczenie”, którym jest zarówno świadomość tego, że opisywane przez niego nieszczęścia nie zdarzają się jakoś nam, jak i intelektualne uświadomienie sobie faktu, że każde z nich przecież może się zdarzyć.

Operowanie na „granicy nocy” ma też pewną wartość handlową. Nie da się ukryć, że typowy horror bywa lekturą dla ludzi o mocnych nerwach i jeszcze silniejszych żołądkach, że ci, którzy czytają horror w przedstawionych przez autora okropnościach muszą jakoś rozpoznawać własny, wewnętrzny świat, inaczej by go po prostu nie rozumieli. King odwołuje się do tego, co znają wszyscy jego czytelnicy: świat, który jest tak bardzo amerykański jak szarlotka, nakłuwa igłą strachu; wszystkie niesamowite zdarzenia, tak obfite w jego powieściach, służą mu za igły do akupunktury, którą znieczula jedne miejsca w świadomości odbiorcy a pobudza inne. Jest pisarzem popularnym, to prawda, ale jego popularność nie może, jak to insynuują wspominani na początku krytycy, polegać tylko na tym, że żeruje na najniższych instynktach czytelników. Wynika ona raczej z tego, że dzięki wprowadzeniu sfery „niezwykłości” pozwala swym czytelnikom przenikliwiej (bo z większego dystansu) przyjrzeć się otaczającej ich rzeczywistości i lepiej ją ocenić.

I to z powodu obrazu tej rzeczywistości śmiem powątpiewać o tym, czy kiedykolwiek zyska on zasłużoną popularność w Polsce. Jego „NOC” zapada nad innym światem i inny świat, prawie zupełnie nam nieznany, dostrzegać możemy o świcie. Na razie popularność Kinga jest tu, u nas, budowana na fascynacji filmem. Byłoby krzywdą dla tego pisarza, gdyby w przyszłości jej fundamentem stała się „tylko drugorzędna „cudowność” jego powieści.
Krzysztof Sokołowski
 
Artykuł, który ukazał się materiałach towarzyszących spotkaniu "Światy Stephena Kinga", które odbyło się w marcu 1988 roku w Szczecinie. Jest też dostępny na blogu autora lapsuscalami.pl
Aktualności ze światów Kinga
Social Media
MOJA KOLEKCJA NA SKRÓTY: